Na dobitkę wszelkiego złego przyszła Janowi teraz do głowy myśl, która go zasmuciła i rozgoryczyła jeszcze bardziej.
Uczuł, że wszyscy nim pogardzają i mają za nic.
— W izbie, nie licząc akuszerki, znajdują się trzy zamężne niewiasty! — mruknął do siebie. — Mogłyby się też pofatygować, albo przynajmniej jedna z nich przyjść tu i powiedzieć mi, czy to córka, czy syn. Przyłożył ucho do ściany i przekonał się, że na kominie rozpalają duży ogień. Potem zobaczył, że kobiety czerpią wodę ze źródła, ale żadna nie zwróciła nań najlżejszej uwagi.
Znowu zakrył twarz dłońmi i zaczął żałośnie kołysać się w tył i naprzód.
— Mój drogi Janie Andersonie — mówił do siebie. — Czegóż ci nie dostaje4 i gdzie twa wina? Czemuż wszystko idzie ci w życiu kulawo i czemuś zawsze taki przygnębiony? Ach, dlaczegóżeś to nie pojął ładnej, szykownej dziewczyny, ale ożenił się z Katarzyną, starą dziewką od krów Eryka z Falli.
Strapienie przejęło go na wylot, a nawet spadło kilka łez, przeciekając pomiędzy palcami.
— Czemuż to — pytał dalej — dobry mój Janie, tak niewiele sobie z ciebie robią we wsi i czemu wszystkim przed tobą dają pierwszeństwo? Wiesz dobrze, że bywają równie biedni jak ty i niesprawni w robocie ludzie, a przecież nikogo nie spychają tak na szary koniec, jak ciebie. Czegóż ci tedy nie dostaje, drogi Janie Andersonie?
Pytanie to zadawał sobie Jan często, a zawsze zupełnie daremnie. Stracił całkiem nadzieję otrzymania na nie odpowiedzi, ale rozważając swe właściwości przekonał się, że nie było nigdzie żadnego wielkiego braku. Nic innego tedy nie mógł wymyślić, tylko to, iż najwyraźniej Bóg i ludzie byli dlań niesprawiedliwi.
Powziąwszy to przekonanie, odjął ręce od twarzy i spróbował przybrać minę wyzywającą.
— Gdy przyjdzie czas, że ci pozwolą wrócić do twego domu, Janie — powiedział do siebie — to ani jednego spojrzenia nie rzucisz na twe dziecko, ale pójdziesz prosto do ogniska i zagrzejesz się.