Turniej egzaminowy17

Dziwny zachodził stosunek pomiędzy małą dziewczynką ze Skrołyki, a jej ojcem. Zdawać by się mogło, że oboje są wyciosani z jednego kawałka, bo oto umieli wzajem czytać swoje myśli.

W Svartsjö mieszkał nauczyciel, stary, wysłużony wojak. Uczył dzieci mieszkające na samych krańcach parafii, nie miał jak kościelny szkoły, ale był powszechnie bardzo lubiany przez uczniów swoich. Nie zdawały sobie całkiem sprawy z tego, że idą do szkoły po to, by się uczyć, ale biegły do nauczyciela jak na zabawę, ciekawe każdego dnia osobno, co im nowego powie.

Przyjaźń niezmącona panowała pomiędzy oboma nauczycielami, ale zdarzyło się pewnego razu, że młodszy chciał zwrócić uwagę starszemu, iż należy iść z duchem czasu i zaproponował mu, by porzucił w nauce czytania przestarzałą metodę sylabizowania. Kilka już razy Svartling nakłaniał starego wojaka do podobnych zmian, ale tenże pomijał to milczeniem. Tym razem jednak obruszył się:

— Przewróciło ci się, widzę, w głowie — zawołał — od kiedy zbudowano dla ciebie szkołę! Otóż powiadam ci, że moje dzieci czytają równie dobrze, jak twoje, mimo że uczę po izbach czeladnych.

— Wiem o tym! — odparł Svartling. — Nigdy też nie twierdziłem co innego. Chcę tylko powiedzieć, że należy dzieciom oszczędzać trudności...

— No i cóż dalej? — spytał stary wojak. Kościelny poznał po głosie jego, że się czuje dotknięty i zabrał się do odwrotu.

— To prawda — rzekł łagodnie — że ułatwiasz dzieciom naukę, że nigdy się nie uskarżają na trudności...

— Może chcesz przez to powiedzieć, że im ułatwiam zanadto naukę? Może ich nie uczę wcale? — krzyknął stary i uderzył pięścią w stół.

— Cóż ci się to dzisiaj stało, Tybergu? — spytał kościelny. — Wszystko co powiem, bierzesz z najgorszej strony!