— Jestem tego pewny! — zawołał.
— W takim razie zażądaj, by jego i twoje dzieci zostały razem wyegzaminowane20.
Stary wojak zrobił taką minę, jak gdyby słowa żony nie uczyniły nań żadnego wrażenia, ale nurtowały one w jego umyśle i po kilku dniach otrzymał kościelny list z propozycją zmierzenia wzajemnie zakresu wiedzy uczniów obu szkół.
Nic przeciw temu nie miał Svartling, chciał tylko, by turniej egzaminowy21 odbył się w czasie świąt Bożego Narodzenia, bo wówczas można mu było nadać charakter uroczystości świętalnej22 dla dzieci, co nie wymagało osobnego zezwolenia rady szkolnej.
— Nie jest to wcale głupi pomysł! — mruknął kościelny. — To mi zaoszczędzi w tym kwartale wypracowań za karę!
I rzeczywiście nie było ich potrzeba, bo dzieci szkół obu rzuciły się do nauki aż grzmiało, mimo że była zima.
W drugi dzień świąt miał się odbyć turniej. Szkolną salę przystrojono wieńcami z jedliny i pozapalano wszystkie świece i świeczki pozostałe z nabożeństwa w kościele dnia poprzedniego, a w wieńcach tkwiło tyle jabłek, że starczyło po dwa dla każdego dziecka. Chodziły nawet pogłoski, że rodzice i opiekunowie, przybyli na popis, zostaną ugoszczeni gorącą kawą.
Główną rzeczą pozostał jednak ów turniej egzaminowy. Po jednej stronie sali siedziały dzieci Tyberga, po drugiej dzieci kościelnego. Szło o to, by dzieci walczyły o sławę swych nauczycieli, bo Tyberg miał pytać dzieci Svartlinga, a Svartling dzieci Tyberga. Jeśliby jedna ze szkół nie mogła odpowiedzieć na jakieś pytanie lub rozwiązać zadania, miała to uczynić szkoła druga. Potem miano zliczyć wszystkie dobre i złe wyniki i wydać wyrok, która ze szkół jest lepsza.
Kościelnemu przypadło zacząć pytać i wszyscy dobrze słyszeli, z jaką sobie poczynał ostrożnością. Ale gdy się przekonał, że ma do czynienia z dziećmi umiejącymi dużo, naciskał je coraz to silniej. Dzieci Tyberga dawały odpowiedzi wprost świetne, żadne nie zawahało się na chwilę i z mnóstwa pytań żadne nie spaliło na panewce.
Teraz przyszła kolej na starego Tyberga pytać dzieci kościelnego.