Ale kobiety nie położyły się jeszcze i mijając okna, zobaczył Klarę Gullę. Siedziała oparta łokciami o stół, a głowę złożyła na dłoniach. Wydało mu się, że ciągle jeszcze płacze.

Katarzyna była zajęta pakowaniem pośrodku izby i Jan widział, jak zawija naręcz sukien Klary w dużą chustkę.

— Dajcie temu spokój, matko! — ozwała się dziewczyna, nie podnosząc głowy. — Widzicie przecież dobrze, ojciec gniewa się na mnie, że jadę...

— Oo... przeprosi się on niedługo... — odparła Katarzyna obojętnie.

— Mówicie tak, bo nic sobie z niego nie robicie! — zawołała głośno, łkając Klara. — Na myśli wam tylko dom! Ale ja i ojciec jesteśmy jedna dusza... Nie mogę go opuścić!

— A cóż będzie z domem? — spytała Katarzyna.

— Niech będzie co chce, byle ojciec kochał mnie dalej! — załkała Klara.

Jan odstąpił od drzwi, gdzie się zatrzymał, przekroczył próg i usiadł na nim. Nie wierzył, by Klara została w domu. Nie, wiedział on lepiej od innych, że musi ruszyć w szeroki świat. A mimo to wydało mu się, że znowu trzyma w ramionach ów zwitek bielizny i chustek, jak to było wówczas. Serce jego zaczęło bić znowu. Biło szybko, tętniło głośno, śpieszyło się, jakby stanęło przed laty i chciało nadrobić opóźnienie, dogonić właściwą liczbę uderzeń.

Jednocześnie uczuł Jan, że został bez ochrony, bez podpory na świecie.

Zjawił się ból, zjawiła troska, wypełzły kędyś z dna, niby z przepaścistej studni i rozesłały się przeraźnymi42 cieniami wokół.