Wszystkie stały ze łbami zanurzonymi w workach siana i owsa i żuły tak, że pasza zgrzytała im w zębach. Nie było mowy, żeby zrobiły chłopu co złego, lecz on miał własne zdanie na temat niebezpieczeństwa, jakie wiąże się z przejściem obok tak długiego rzędu zwierząt.

Spróbował raz i drugi, ale odwaga go opuściła i musiał zawrócić. Nie bał się, że konie ugryzą go albo kopną. Wystarczy, że stoją tak blisko, iż go zobaczą. Wystarczy, że potrząsną uzdą i poskrobią kopytem o ziemię.

Wreszcie nadszedł moment, gdy wszystkie spuściły łby, jakby ścigały się, który zje szybciej. Wtedy ruszył pomiędzy nimi. Przytrzymał futro, by nie powiewało i go nie zdradziło; szedł na palcach, najciszej jak potrafił. Gdy jakiś koń uniósł powiekę i na niego spojrzał, Dalarczyk od razu stawał w ukłonie. Chciał być uprzejmy w tej sytuacji, ale zwierzęta muszą pojmować, że nie da się kłaniać z worem żelastwa na plecach. Nie pozostało mu nic innego jak dygać.

Westchnął bardzo ciężko, bo lękać się — jak on — czworonożnych stworzeń, było na co dzień bardzo kłopotliwe. Tak naprawdę nie bał się innych zwierząt poza kozami; koni, psów i kotów nie bałby się w ogóle, gdyby miał pewność, że nie są to zaklęte kozy. A nigdy tej pewności nie miał. Zatem nawet jemu zdawało się szaleństwem, że bał się każdego zwierzęcia na czterech nogach.

Na nic zdało się myślenie, jak bardzo jest silny i jak wszystkie te wiejskie konie są całkiem niegroźne. Tak nie potrafi myśleć ktoś z duszą przesiąkniętą trwogą. Strach to niełatwa kwestia, ciężko jest temu, w kim się umościł.

Niezwykłe to było, że minął rząd koni. Ostatni kawałek pokonał dwoma długimi susami, a gdy już dotarł na cmentarz i zamknął za sobą żelazną furtkę, przystanął i uniósł ku koniom pięść.

— Nieszczęsne, przeklęte kozły!

Robił tak z każdym zwierzęciem, nie umiał inaczej, jak nazwać je kozłami. Nie było to mądre, bo zyskał przez to przydomek, którego wcale sobie nie życzył. Wszyscy napotkani wołali na niego „Kozioł”. A on nie chciał być tak nazywany. Chciał, by zwracano się doń jego właściwym imieniem, ale w tej okolicy nikt go nie znał.

Przez chwilę stał przy ogrodzeniu i cieszył się, że uszedł cało przed końmi, a potem ruszył w głąb cmentarza. Przed każdym krzyżem czy kamieniem zatrzymywał się i dygał. Lecz tym razem nie z lęku, tylko z zadowolenia na widok starych, drogich znajomych. Mina mu złagodniała. Te same krzyże, te same kamienie, które tyle razy odwiedzał już w życiu. Nic się nie zmieniły! Jak dobrze je rozpoznawał! Każdemu mówił „dzień dobry”.

Uwielbiał cmentarze! Zwierzęta się tu nie pasły, a ludzie nie żartowali. Najlepiej, jeśli był tam sam, jak teraz, ale nawet gdy natrafił na ludzi, nie wadzili mu bardzo. Znał wprawdzie wiele urokliwych łąk i pastwisk, które jeszcze bardziej mu się podobały, ale tam nigdy nie miał spokoju. W żaden sposób nie można ich było porównać z cmentarzem. Cmentarz był lepszy od lasu, gdyż leśna pustka go przerażała. Tu panował spokój niczym w głębi lasu, a jednak nie brakowało mu towarzystwa — pod każdym kamieniem i każdą kępą trawy spał człowiek. Dość, by nie czuł się sam i nieswojo.