Nigdy wcześniej Hede o nic nie prosił tak czule, jak teraz ślepego o pożyczenie skrzypiec. Przez cały czas ściskał czapkę w dłoni, choć dziadek niczego przecież nie widział.
Nie rozumiał, czego od niego chcą. Odwrócił się do dziewczynki, która go prowadziła. Hede ukłonił się ubogiej panience i powtórzył prośbę. Popatrzyła na niego jak ktoś, kogo oczy służą dwóm osobom. Spojrzenie dużych, szarych oczu rzuciła tak ostre, że Hede poczuł, jak w niego trafia: już było przy szyi, sprawdzało, czy kołnierzyk świeżo wyprasowany, czy marynarka czysta, czy buty wypolerowane.
Hede nigdy dotąd nie przeszedł takich oględzin. Był pewny, że te oczy go odrzucą.
Lecz tak się nie stało. Dziewczyna uśmiechnęła się w osobliwy sposób. Jej twarz była tak poważna, że gdy się teraz rozpromieniła, miało się wrażenie, że po raz pierwszy i jedyny jest zadowolona. I teraz jeden z tych rzadkich uśmiechów wślizgnął się na jej usta.
Wzięła skrzypce od dziadka i podała Hedemu.
— To teraz będzie walc z Wolnego strzelca4 — powiedziała.
Dziwne wydało się Hedemu, że musi grać walca akurat w tej chwili, lecz tak naprawdę było mu wszystko jedno, co zagra — aby tylko potrzymać w dłoni smyczek.
Niczego innego nie potrzebował. Skrzypce natychmiast go pocieszyły. Mówiły do niego słabym, ochrypłym tonem: „To tylko skrzypki starego biedaka, a jednak niosę ślepcowi otuchę i pomoc. Jestem światłem, kolorem, jasnością jego życia. To ja go pocieszam w nędzy, starości, ślepocie”.
Hede poczuł, jak potworny smutek — ten, co zagłuszył mu nadzieję — zaczął ustępować. „Tyś jest młody, tyś silny”, powiedziały skrzypce. „Potrafisz walczyć. Możesz zatrzymać to, co chce ci się wymknąć. Czemuś przybity i zasmucony?”.
Hede grał ze spuszczonym wzrokiem. Teraz podniósł głowę i spojrzał na tych, co stali dookoła. Była to gromadka dzieci i ludzie z ulicy; przyszli na podwórko, by posłuchać muzyki.