Wszystko to jednak jest jeszcze mniej ważne w stosunku do tego, co w tym wstępie powiedzieć zamierzyłem. Nie przedstawienie mojej pracy w korzystnym świetle skłoniło mnie do niego, ale zamiar rozleglejszy, ogólniejszy. W głębokim i długim zastanawianiu się nad owym poznawaniem ludu, nad wykończonym obrazem jego, przyszło mi wiele myśli ogólnych, sięgających do dna przedmiotu, a sam główny pomysł ułożył się w pewien systemat, który mi się wydał dosyć dokładny. Otóż te kilka myśli i ogólny rys systematu czy metody w poznaniu ludu uważałem przede wszystkim za konieczne postawić na czele mojej pracy. Będzie to najprostsze i najogólniejsze, jak tylko być może, rozwiązanie zapytania: z jakich stron mamy wziąć szczególnie życie naszego ludu, aby przyjść do wszechstronnej wiedzy o jego masie.

§ II

Jeżeli która nauka, to nauka ludu powinna mieć cel godniejszy człowieka, niż zaspokojenie jałowej ciekawości albo rozrywka. Zaspokojenie ciekawości, rozrywka przez naukę, jest jedną z największych win próżniactwa, rodzajem świętokradztwa. Człowiek-mąż szuka tam czegoś więcej, szuka wzmocnienia, podniesienia do wyższej potęgi wszelkich sił swoich; szuka kierunku, w którym by najwłaściwiej te siły zwrócił do czynności pożytecznej bezpośrednio. Człowiek chwytający naukę jedynie dla zaspokojenia próżnej ciekawości jest moralnym żarłokiem, który wszystko puszcza w podrzędną część swojej moralnej strony, jak zwyczajny żarłok obraca wszystko na utuczenie swojego brzucha. Człowiek szukający w nauce tylko rozrywki jest umysłowym rozpustnikiem, który wszystko obraca na łechtanie umysłu, jak rozpustnik zmysłowy obraca wszystko na łechtanie zmysłów, nerwów, serca. Człowiek-mędrzec co się zowie jest jak człowiek skromny, wstrzemięźliwy w życiu fizycznym, który sumiennie bada swoje potrzeby i sumiennie je zaspakaja; jeżeli co spożyje, to dlatego tylko, aby powiększył masę krwi zdrowej, lekkiej, potrzebnej do utrzymania ciała w sile i energii, jakich wymaga spełnienie czynności we właściwej mu sferze.

Chybiamy w braniu nauki nie samym tylko celem nieprawym, ale stanem nieodpowiednim do tej czynności, usposobieniem wewnętrznym i sposobami, jakimi ją bierzemy. Bez wątpienia łatwo każdemu poczuć, że wszelka nauka, aby wyszła na korzyść, wymaga pewnych warunków, jak są pewne pokarmy, które dają zdrowie lub słabość, według stanu, w jakim je spożywamy, i według ich przyrodzenia. Nauka ludu ma także swoje warunki — dotkniemy niektórych ogólnie.

Nie odniesiemy najmniejszej korzyści z nauki ludu, jeżeli nie zaczniemy przede wszystkim od zawiązania stosunków między nim a nami przez to, co jest najgłębsze w nas i w nim, przez nasze, że się tak wyrażę, moralne wnętrzności. Można to widzieć dotykalnie na codziennym przykładzie dwóch osób, które się związały czystą przyjaźnią, czystą miłością. Nie ma ani prawdziwej miłości, ani prawdziwej przyjaźni, gdy związek dwóch osób opiera się tylko na pociągu zmysłowym albo na rachubach interesu poziomego — gdzie nie dwie dusze przystały do siebie, ale tylko dwa ciała albo dwa interesy chwilowe. Taki związek nie wyda zdrowych owoców związku czystego. Podobnie nauka ludu nie wyda zdrowego owocu, dopóki dusza nasza nie przystanie do duszy ludu. Żeby zaś przystała, musi przyjść do pewnego z nią podobieństwa, do pewnej tożsamości z tym, co stanowi istotę ludu. A naprzód musimy obudzić w sobie pociąg, który by wyzwał pociąg ludu ku nam i pozwolił mu spotkać się z naszym. Ten pociąg nie jest to nic innego, tylko to, co nazywamy miłością. O ile ta miłość jest z jednej strony czystsza, silniejsza, o tyle pewniej i prędzej wyzywa miłość podobną drugiej strony, o tyle zetknięcie się ich jest bardziej niezawodne. Jest to otwarcie się duszy na przyjęcie w swój uścisk drugiej duszy — wyzwana przez taki ruch odpowiada natychmiast ruchem podobnym, bo miłość szuka wiecznie miłości. I łączą się z sobą, jak tylko się znajdą.

Tu jest konieczne szczere uchylenie czoła przed tym, co w ludzie jest dobre i święte; szczere uczczenie, a zatem szczere uznanie tego. Nawet między ludźmi pojedynczymi wzajemna cześć, wzajemny szacunek są podstawą trwałych związków. To zespolenie się w cześć i szacunek jest konieczne dla stosunków na skalę rozleglejszą. Gdzie tego nie ma, tam jedna strona przychodzi z uczuciem wyższości, z dumą, z jarzmem dla strony drugiej. Człowiek ludu nie otworzy się przed nakazem dumy, nie ma ludzkiej potęgi, która by aż do tego stopnia owładnęła człowiekiem. A gdyby się i otworzył, oko z bielmem duszy nie zobaczyłoby go we właściwej mu czystości, nie zobaczyłoby w nim prawdy. Dodam jeszcze, że uczczenie to musi być szczere, a nie udane. I tak jest — człowiek ludu instynktem swojej czystości natychmiast odgadnie obłudę i zmyli jej zamiary. Ktokolwiek tedy zabiera się do uczenia się ludu, niech odłoży na bok dumę rozumu i uczucie swojej wyższości nad ludem. Niech przy całym swoim wykształceniu ma to przekonanie, że idzie dowiedzieć się rzeczy, których nie wie, których nie dowie się nigdzie indziej, że wyższy może nad człowieka ludu pod niektórymi względami, pod najważniejszymi jest niższy od niego, że nie idzie z nauką, ale po naukę. Takie uczucie postawi go w stanie prostoty chłopka, na równi z nim, i będzie niejako tym, czym są szkła astronomiczne dla badającego bieg i istotę planet. Gdyby ktoś chciał poznać astronomicznie jakąś planetę, a odrzucił szkła ku temu służące, z zarozumialstwa, że mu wystarczy wrodzona bystrość jego wzroku, czy mógłby zobaczyć coś więcej nad to, co widzi zwyczajnie gołym okiem? W podobnym przypadku byłby ten, kto by chciał lud poznać, nie wziąwszy u siebie owej czystości, owej prostoty, które są jego sferą i jedynymi promieniami zdolnymi nas z nim połączyć. A o ile więcej tych promieni potrafimy skupić w naszej duszy, o tyle wzmocnimy jej oko, o tyle przybliżymy i powiększymy dla niego świat ludu.

Ważne to dla człowieka zagadnienie — owa prostota — i dlatego zatrzymam się jeszcze cokolwiek przy niej.

Naród jest to myśl boska. Ludem nazywamy część narodu, gdzie ta myśl najwyraźniej się przebija, czyli w największej swej prostocie, to jest prawdziwości. Prostota zatem w znaczeniu, w jakim utworzono ten wyraz, jest to najściślejsze, najswobodniejsze, najczystsze objawienie tego, co w człowieku jest dobre, piękne, wzniosłe, święte, jednym słowem — boskie. Nasz cudowny język, w głębokości swojego ducha dotąd niezmierzonej, wyrazy „prawdziwość” i „prostota” poświęcił niemal jak jednoznaczne. Roztrząśnijmy tysiączne sposoby ich użycia, a wszędzie dostrzeżemy, że prostota brana jest jako stan prawdy w swej nagości jak może być największej, w swej niewinności dziecięcej. Cywilizacja dzisiejsza — usiłująca głównie odziać wszystko formami dla oka, pozorami pięknymi, choćby najbardziej niezgodnymi z istotą rzeczy, co by się matematycznie dało dowieść, gdyby tu było miejsce po temu — poniża prostotę, okrywa ją śmiesznością, pogardą, a nawet nienawidzi jej w głębi. I nie ma w tym nic dziwnego, są to albowiem dwie rzeczy całkiem sobie przeciwne, jak być muszą przeciwne cywilizacja fałszywa i prawdziwa, czyli krzywa i prosta, czyli jeszcze wyraźniej — cywilizacja form i cywilizacja ducha rzeczy. Weźmy np. ten przedmiot z jego strony najważniejszej. Cywilizacja prawdziwa to jest żyć uczciwie, a kto żyje poczciwie, nie ma potrzeby żyć inaczej jak po prostu; i głównym piętnem jej charakteru jest działanie, bo działanie dopiero jest prawdziwym życiem. Cywilizacja dzisiejsza, przeciwnie, zasadza się na tym, do tego przede wszystkim dąży i tym się odznacza, aby wiele umieć, a nie umiejąc, dobrze udać, że się umie. We wszystkim pozory miłe, piękne, nietroszczące się o głąb rzeczy choćby najobrzydliwszej, we wszystkim sztuka — na co polski język nie ma nawet własnego wyrazu. Żeby to zobaczyć jeszcze wyraźniej, rzućmy okiem na występki wspólne klasom tak zwanym wyższej i niższej, porównajmy, jak się przedstawiają w jednej i drugiej sferze. Będzie to najlepszą wskazówką, gdzie jest prawdziwa cywilizacja, i pokaże nam wartość prostoty. Lud ma występki, ale ich nie krasi. Oszust we wsi, jeżeli się znajdzie, nie ma zapewne tego szacunku co człowiek prawy. Chłop może niekiedy, równie jak panicz, zbałamucić kobietę, ale tego nikt nie usprawiedliwia jako zalety. Pijaństwo jest między wieśniakami, nawet bardzo powszechne, ale nie przestało być nigdy uważane za zło. Tymczasem podobny oszust w klasie cywilizowanej jest często bardzo szanowanym przez innych kupcem, bankierem, dyplomatą i nieraz przewodzi ludziom najbardziej prawym. Podobny uwodziciel jest pieszczotą salonów i wzorem dla niejednego. Pijak, hulaka nie straci nic na tym, byle się upijał winem z kryształów i utracił majątek na rozpustę kosztowną. Dodajmyż występki, których lud nawet nie zna, jak np. szulerstwo, a które dają wstęp do najlepszych towarzystw i zamieniły się w konieczny warunek porządnej zabawy. Jak próżniacy, którymi roją się nasze domy, a z których każdy we wsi byłby uważany za nic więcej jak za ladaco, tym gorsze, im więcej widziano by w nim sił i zdolności do pracowania. Skądże ta różnica tak uderzająca w zapatrywaniu się na rzeczy? Oto stąd, że obie cywilizacje wyszły z punktów całkiem innych i przeciwnych sobie i zmierzają do innych także celów innymi drogami. Powiedzmy otwarcie: chodzi tu o więcej, niż się zdaje. Zagadnienie cywilizacji jest to najważniejsze dla człowieka zagadnienie, odwieczne, tylko postawione dzisiaj w nowoczesnym, filozoficznym języku. Zobaczmy je w całej jego prostocie. Narodzenie się obu cywilizacji jest odwieczne, ich niezgodność jest odwieczna. Cywilizacja prawdziwa, poczęta z ducha, ma za cel jego podniesienie, rozwija się na drodze ducha i do tego celu przykrawa materię. Jest chrześcijaństwem — idzie otwarcie, śmiało, bo w czystości, a jej hasłem jest prostota. Cywilizacja fałszywa wyszła z materii, działa i rozwija się na polu materii, z wieczną myślą wyłamania się spod prawa ducha, czasem przez bunt otwarty, częściej przez oszustwo, przez przedstawianie się ludziom pod formami skradzionymi duchowi — i nie jest niczym innym, jak tylko pogaństwem. Takim pogaństwem jest nasza cywilizacja pomimo wszystkich form chrześcijańskich, pomimo wszystkich pozorów duchowości; zobaczymy ją całą w haśle, pod jakim prowadzi swoje czynności w pewnej sferze, którą jest przyzwoitość420. Co ten wyraz mówi? Prawda, że ta i ta, dajmy, czynność jest szkaradna w głębi, ale ponieważ ma formę przyjemną, weźmy ją jak dobrą, a będziemy mieli spokój, zgodę. Przyzwoitość zatem jest to koncesja dla zła od dobra — od chrześcijaństwa dla pogaństwa — w sferze drobniejszych spraw człowieka. Okropnie myli się ten, kto, żyjąc w jarzmie przyzwoitości, ma się za dobrego chrześcijanina dlatego, że się modli i innych form chrześcijańskich przestrzega. On tylko łudzi siebie i drugich. Dlatego to prostota i przyzwoitość nigdy się nie pogodzą. I ktokolwiek chce poczuć życie ludu, nie przyjdzie do tego, dopóki nie wyrzuci z siebie cywilizacji przyzwoitości, a nie przyjmie cywilizacji prostoty. Dopiero wtedy otworzą mu się moralne skarby ludu i zostaną do jego rozporządzenia jako wspólna własność.

§ III

Kraj składa się z drobniejszych miejscowości, z okolic. Każda okolica ma zwykle coś, co ją wyszczególnia w całości. Zbiór tych rysów stanowi ogólną fizjonomię kraju, ich znajomość daje znajomość kraju. To samo i jeszcze ściślej stosuje się do ludu — ażeby dokładnie poznać ogół ludu, potrzeba go poznać w różnych jego okolicach.