Tak jest! Wszystko żyje dla naszego ludu. Przytoczyłem tego niemało już świadectw, pozwalam sobie pomnożyć ich liczbę jeszcze kilkoma nowymi, które, jestem pewny, zajmą same przez się, a zarazem potwierdzą tę prawdę, że lud czuje życie i uczucie we wszystkim.

W mniemaniu Podhalan węże mają swojego króla. Odznacza się on między innymi wielkością, nadzwyczajną pięknością kolorów i koroną na głowie, w kształcie złotego grzebienia. Zagrożony wydaje gwizd donośny, a wtedy wszystkie węże, do których ten gwizd doszedł, przybywają mu na pomoc.

Bydło, stworzenie niższe od człowieka, ma także swój język, rozmawia między sobą. Można je słyszeć w pewnych chwilach, a mianowicie w noc przed św. Jerzym281. I oto powiastka z tego powodu. Pewien gospodarz, wiedzący o tej tajemnicy, chciał podsłuchać swoje woły. Ukrył się więc w oborze i w rzeczy samej po chwili jeden wół westchnął, a drugi zapytał go o przyczynę westchnienia: „Jutro — rzekł mu pierwszy — czeka nas smutna i ciężka praca”. „Jaka praca?”. „Będziemy wieźli naszego gospodarza na cmentarz”. Wół powiedział prawdę — gospodarz, który to słyszał, tej nocy jeszcze umarł.

Oko moje w tej chwili zwraca się na górę niedaleką, zwaną Cyntyrz, czyli cmentarz, z czasów jakiejś klęski niepamiętnej, podobno morowego powietrza. To miejsce dostarcza mi także zajmującą opowieść: Jest na tej górze pień ogromnej grubości, spod którego wychodził czasem duch pod postacią mnicha. W pierwszej chwili zjawienia się był on bardzo maleńki, ale zaledwo stanął na ziemi, rósł nagle i wkrótce przenosił wzrostem swoim najwyższego człowieka. Przybierał on różne postaci, ale najczęściej pokazywał się w sukni mniszej lub w bieli. Objawienie jego poprzedzała czasem wielka burza, czasem mocny zapach kwiatów. Nierzadko wychodził z wody, a kiedy miał odejść, wchodził do wody, rozpościerał nad nią swoją odzież, malał stopniowo, dopóki całkiem nie zniknął. Dosyć było mówić o nim, aby się natychmiast pokazał. Nic nie mówił, nikomu nic złego nie robił. Zapytywany, odpowiadał jedynie skinieniem głowy lub ręki. Ostatni człowiek, który go spotkał, krzyknął na widok jego: „Wszelki duch Pana Boga chwali!”. Mnich odpowiedział: „I ja go chwalę”, po czym natychmiast zniknął i już go odtąd nie widziano. Miał to być duch pokutującego mnicha, który kiedyś uciekł z klasztoru i został w tym miejscu przez zbójców zabity.

Niektóre tu miejsca są owiane tajemniczością straszną, a niezaprzeczoną. Jedno z nich znajduje się niedaleko drogi do Morskiego Oka, już w głębi gór. Jest to w lesie ustronnym, odwiecznym, ciemnym i z samego już wyglądu niemiłym, a jego własność jest taka, że budzi chęć nadzwyczajną do samobójstwa. W tych kilku ostatnich latach dwie osoby zastrzeliły się w tym miejscu; obie należały do warstwy wyższej społeczeństwa. Ten, który mi to opowiadał, jest człowiekiem wykształconym i dalekim od ślepej wiary w zabobony, a zaręczał mi, że przez ciekawość zwiedził to miejsce i wnet poczuł w sobie samym tę chęć odebrania sobie życia w sposób tak silny i tak zarazem nęcący, że nie wie, na czym by się skończyło, gdyby nie był zrobił wielkiego wysiłku i nie oddalił się z lasu jak najrychlej.

Może to być dziwne dla niektórych, dla mnie nie jest bynajmniej. Dosyć być prawdziwym chrześcijaninem, aby sobie rozwiązać tę zagadkę, przynajmniej do pewnego punktu ogólniejszego. Mamy kościoły, miejsca, gdzie człowiek nabiera życia dobrego, siłę ku dobremu, dlatego że są poświęcone duchom chrystusowym, że są pod władzą ducha bożego wyłączną. Muszą być także miejsca, gdzie wyłącznie zły duch panuje. Nasz lud czuje to w pewnych mieszkaniach, a my możemy widzieć w pewnych miastach, w całych narodach uległych mniej albo więcej złemu lub dobremu duchowi. Z tą jedną różnicą, że działanie jego jest tutaj widome przez narzędzia widome, przez ludzi, a tam mniej widome, przez przedmioty bezwładne na pozór, przez drzewa, przez skały, niekiedy przez utwory sztuki, jak obrazy, posągi, książki, albo wcale niewidome, przez bezpośrednie działanie ducha na ducha, jakiego przykłady każdy z nas mieć może, skoro się zastanowi albo nad samym sobą, albo nad innymi.

Taka jest ziemia, taki jest lud, nietknięte prawie dotychczas przez naszych poetów. Wiele na tym traci nasza sztuka, nasza literatura. „Zaczynaj pierwszy pracę, do której innych pędzisz!” — może mi ktoś powiedzieć. I słusznie. Był to mój głos wewnętrzny, poszedłem za jego nakazem — zaczynam, ale wiem naprzód, że nie zdobędę się na więcej niż na próbkę niedoskonałą. Nie będzie to wina moich chęci, ale położenia całkiem wyjątkowego, przez które niepodobna mi wejść w życie rzeczywiste tego ludu tak blisko, na tak długo, żebym je mógł schwycić w całej prawdzie dotykalnej, co jednak uważam za konieczne dla poety tych okolic. Pole to jest dla pisarzy, którzy będą mieli mniej niż ja przeszkód, a więcej przyjaznych okoliczności — na takich ono czeka. Bodajby jak najprędzej wystąpili.

Kilka myśli rozjaśniających poetyczną stronę Górali

Zbieram tu razem kilka myśli, które mi w tych czasach przyszły, a rozjaśniły mi stronę poetyczną Górali. Uważam to za konieczne, jak jest konieczne w moim przekonaniu zapatrywać się na przejawy duchowe i umysłowe ludu z właściwego jemu stanowiska. Tylko w takim zapatrywaniu się można je pojąć, jak powinny być pojęte, można z nich całą korzyść wyciągnąć. Myśli te, chwytane dorywczo, nie mają widocznego między sobą ciągu i związku, ale wychodzą wszystkie z jednej głównej idei i w jeden punkt uderzają — i to stanowi ich związek ukryty. Czytelnik szukający istoty nie zatrzyma się na formie.

I. Zabobony