Góra Kluczki
Powracam z Kluczek, gdzie dopiero dzisiaj byłem po raz pierwszy, chociaż od dawna wybierałem się. Żałowałbym tej zwłoki — tyle pięknego ma to miejsce — gdyby mi jej nie wynagrodził z procentem dzień dzisiejszy, tyle w nim skorzystało moje uczucie głębsze. Wiem naprzód, że słowa pisane ani w części nie oddadzą tego, co bym pragnął oddać, ale... Tak jestem pełny tej chwili, tak mi potrzeba wylać moje uczucia w jakikolwiek sposób, tak wiele mi zależy, aby jakikolwiek ślad dotykalny został po niej, a przy tym noc miesięczna taka śliczna, taka cisza, taka swoboda w mojej pustelni, sen gdzieś jeszcze za górami — będę pisał.
Kluczki są jednym ze szczytów w paśmie północnym Łopusznej i najwznioślejszym w tej okolicy. Leży on w pasmie Łopusznej, około dwóch godzin drogi. Od kilku dni postanowiliśmy połączyć odwiedzenie tej góry z wiejską, rodzinną biesiadą na jej szczycie. Uskuteczniliśmy to dzisiaj. Towarzystwo nasze było liczne; cały dom zacnych gospodarzy — przy tym jeden ich krewny i jedna krewna — wyruszył na całodzienne koczowanie. A nade wszystko towarzystwo nasze było dobrane. Kobiety miłe, żywe i ładne, mężczyźni mili, żywi, dobrego serca, ukształconego umysłu. A ja?... Starałem się wynagrodzić, czego mi brakowało, miłością dla wszystkich i wdzięcznością za ich przychylność dla mnie (niezasłużoną), a która mnie tylko rozrzewnia każdym swoim dowodem. Kobiety musiały jechać ze względu dzieci i przewiezienie wszystkiego, co było konieczne do uczty na Kluczkach. My, mężczyźni, woleliśmy iść pieszo. Dzień do takiej przechadzki niezły — pochmurno, ale za to nie cierpieliśmy z powodu upału, który w tej okolicy o tej porze bywa często nieznośny.
Droga nie bardzo wygodna, ale sposobna do jazdy wozem, a nade wszystko rozmaita, miła nawet wdziękiem dzikim. Trzyma się najwięcej dolin i rozdołów, dlatego kręci się, brnie przez potoki, obchodzi szczyty leżące w jej kierunku, drapie się po stokach, znowu się spuszcza, odpoczywa niejako czasem w dolinie, którą znajdzie na wyżynach, i znowu wspina się pod górę. Myśmy się mniej pilnowali drogi, więcej nas zajmowało, co się z boku nastręcza. Zbaczaliśmy to w lasy, to na wzgórza. Czasem przez to przedłużaliśmy drogę, czasem prostowaliśmy. Minęliśmy wiele wzgórz, które nas coraz wyżej podnosiły. Zatrzymaliśmy się na Wyżniej, która mi się najwięcej w tym paśmie podoba. Przebrnęliśmy szczyt Cioski, powiadam: „przebrnęliśmy”, bo jest pokryty licznymi źródełkami i moczarami. Ostatni to szczyt przed Kluczkami i najwyższy po nim. Tu dopiero droga prawdziwie stroma po stoku Kluczek, niekiedy niebezpieczna dla wozu spuszczającego się z góry, zwłaszcza naładowanego. Tutaj Góral udaje się do swojego sposobu hamowania: uwiązuje z tyłu wozu ogromny konar albo i drzewo mniejsze z gałęźmi ponacinanymi i obróconymi końcem wyższym ku wozowi; gałęzie te, ryjąc w ziemi, zahaczając o kamienie, których tutejsze drogi są pełne. Tamują pęd wozu i ułatwiają koniom powolne schodzenie z góry. Przebyliśmy i tę drogę i oto jesteśmy na szczycie Kluczek.
Znaleźliśmy współtowarzyszki nasze krzątające się w szałasie około podwieczorku. Zostawiliśmy je z ich zatrudnieniem, a sami puściliśmy się na obejrzenie szczytu i widoków z niego dokoła.
Szczyt jest dosyć przestronny, w niektórych miejscach ocieniony drzewami, w największej części odkryty. Widok z niego na wszystkie strony przecudny — obszarem, który zajmuje, i bogactwem rozmaitości. Można to pojąć, wyobraziwszy sobie wysokość, która nie ma równej w jednych promieniach na kilka mil, w innych na kilkanaście, a w innych Bóg wie jak daleko, gdzie granicą widnokręgu jest granica siły ludzkiego oka. Taki kraj leżał przed nami, a raczej pod nami. Nie miałem jeszcze w moim życiu podobnego widoku. Brakowało tylko pogody zupełnej, jasnego powietrza, pozłoty blasku słonecznego. Mimo to nie straciliśmy. W obrazie było więcej ruchu, więcej rozmaitości życia.
Na południe mieliśmy Tatry. Grube chmury przewalały się po nich — to je całkiem zasłaniały, to odkrywały raz od spodu, drugi raz od wierzchu, to znowu niektóre szczyty, czasem pewne góry w całym ich ogromie. Nierzadko w niektórych miejscach blask słońca zaświecił. Ta walka chmur z pogodą, cienia ze światłem, ta ich gra ustawiczna na tych olbrzymich klawiszach była mi daleko milsza jak nieruchomość, zadumanie gór pod jednotonnym światłem nieba wypogodzonego, powietrza drzemiącego. Nigdy też Tatry nie wydały mi się tak nęcące, nigdy tak wyniosłe. Wiele razy wystąpiły spod osłony obłoków...
Najbardziej ograniczony widok mieliśmy wzdłuż pasma wzgórz, które się przedłużały po prawej i lewej ręce. Najnowszy dla mnie leżał od północy. Cała ta przestrzeń, o ile bliższa oka, pokryta górami, lasami, dolinami, polami, przypominała mi morze, które w największym wzburzeniu swoim nagle znieruchomiało na wieki. Szeregi wzgórz wyobrażały mi fale jego. W oddaleniu coraz większym wszystko to się spłaszczało, przybierało pozór równiny, której granicą były dopiero Góry Świętokrzyskie301. Zwróciliśmy perspektywę302 ku owej stronie i dostrzegliśmy Kraków. Świecił on jak biała plamka na ciemnym tle całej prawie tej przestrzeni. Nie wątpię, że z lepszą perspektywą, a może przy dniu zupełnie jasnym, bylibyśmy napotkali w niejednym miejscu naszą Wisłę — teraz odgadywaliśmy tylko jej bieg.
Żałowaliśmy tego chwilę, aleśmy zapominali o tym, czego widzieć nie możemy, dla tego, co leżało tuż pod naszym okiem. I nie leżało nieruchome. To stąd, to zowąd, od chwili do chwili, wymykały się obłoczki mgliste spomiędzy gór, z łona lasów. Jedne rozszerzają się, rozwieszają się po górach, inne zwijają się, staczają się na dół i oto wiatr powiał, a wszystkie te mgły wędrowne biorą jeden kierunek, dążą ku nam, przepływają pod naszymi nogami i nikną w dalszych górach, a na ich miejsce inne wchodzą.
Przez ten czas przygotowano podwieczorek i wezwano nas. Odbyliśmy tę biesiadę w szałasie przy cieple ogniska, bo niekiedy przykry chłód zawiewał, a jeszcze więcej przy cieple serc, które się między sobą znały, rozumiały, kochały, nie miały nic do zatajenia przed sobą. Była więc swoboda, ochota, prawdziwa radość i wesołość. Było jeszcze dobre jedzenie i wino rzeźwiące. Zgoła nie zrobiliśmy krzywdy temu miejscu, które nieraz patrzy na ochotę uwijających się tam juhasów.