— Pewnie tak — ucięła Stina.
Ona też poczuła się dotknięta tym nieco uproszczonym postępowaniem; uważała, że mógł jej zaoszczędzić tej ostatniej udręki, skoro i tak miał przyjść. Ale tak bardzo ucieszyła się na jego widok, że nie mogła przywiązywać wagi do drobiazgów. Zadrżała na myśl, że być może Agnes nie zechce jej towarzyszyć. Ale ta, owszem, chciała.
Szli przez ciepły egipski wieczór, na tyłach El Muski, najwęższymi i najciaśniejszymi uliczkami Kairu; przez bazar perfumiarzy, potem ciasną uliczką pełną zrujnowanych, stłoczonych domów — nad piętrem znajdowały się żeńskie balkony, do których przyczepiono duże klatki z kurami. Weszli na niewielki otwarty placyk, gdzie naprzeciwko siebie stały dwa jednakowe domy.
— Tu mieszka moja rodzina — powiedział Said ben Ali, wskazując na oba budynki.
Wszedł do tego po prawej; zniszczonymi, wąskimi, kamiennymi schodami wprowadził kobiety na pierwsze piętro.
— Mój pokój nie jest umeblowany po egipsku, jest całkowicie europejski — wyjaśnił i otworzył drzwi przy kamiennym przedsionku.
— Zapraszam!
Wyobrażenie Saida ben Alego w kwestii luksusu w pokoju europejskiego mężczyzny nie było przesadzone, sądząc po pomieszczeniu, do którego wprowadził Agnes i Stinę. Pokój miał całkowicie nagie, bielone ściany. Otomana104 ze skrzynią okryta perską narzutą, prosty regał, takież biurko; europejskie meble, najwyraźniej zakupiono na jakiejś ulicznej aukcji, oraz trzy plecione krzesła — to było całe umeblowanie.
Nastrój Saida ben Alego podyktowany był z jednej strony radością, że może pokazać pannie Brenner wyposażenie, jakie udało mu się zdobyć, by stworzyć prawdziwy europejski dom, a z drugiej dumą, że może ją poczęstować prawdziwym egipskim posiłkiem.
— Moja matka przygotowała jedzenie, przyśle je tutaj — wyjaśnił, gdy panie zdejmowały kapelusze.