Ale katolicyzm występuje nie jako filozofia, nie jako nauka nawet o nadprzyrodzonym, lecz jako nadprzyrodzony, nadludzki fakt.
Plemię papuzie! Do obrzydliwości powtarzane frazesy o nadczłowieku — tu stoi przed wami rzecz żywa i mówi w każdej chwili: jesteście czymś więcej, niż tym, co wy uważacie za człowieka, a nawet za nadczłowieka.
Nie każe nam poprzestawać na teorii, ale tworzy nadludzkie fakty, bo wierzący: Newman, Pascal137, Bernard138, setki tysięcy innych żyją i żyli w dziedzinie niemożliwości dla nich ziszczonej.
To samo tu twarde prawo. Jest się lub nie jest. Ma się lub nie ma w sobie tego życia i takiego życia.
Francja XVII wieku nieustannie powraca w moich myślach. Dlaczego? Być może w znacznej mierze dlatego, że jest to na pewno świat inny od wszystkiego tego, co dzisiaj naszą inteligencję zajmuje, że tu a priori jestem już zabezpieczony: mógłbym odpocząć. Nie potrzebowałbym zwalczać pokus polemicznych, nie byłoby ich. Być może, także instynkt trafnie mi mówi, że jest to przedmiot nieprzekraczający zasadniczo moich zdolności. Myśl, racjonalizm, logika, analiza, dedukcja, kompozycja myślowa tu przemagają. Namiętność jest opanowana, jest jednak. Może też i vis medicatrix naturae139: przedmiot ten stałby się dla mnie leczniczą szkołą myśli. Musiałbym znowu wrócić do dawnych nałogów myśli, gdy byłem jeszcze niewprawnym, naiwnym, ale sumienniejszym niż kiedykolwiek, pisarzem. W Ideach spłaciłem dług wdzięczności Przybyszewskiemu140 — może więcej niż to: uległem pokusie sentymentu i patosu stylowego — może także pewne powiedzenie M. Limanowskiego141 popchnęło mnie. W każdym razie ta sprawa ma i inne strony. Niewątpliwie Przybyszewski był tym dla mojej filozoficznej walki ze sobą, com powiedział. Można przypuszczać, że i bez niego miałoby miejsce zasadniczo to samo. Miałoby — tu zaś tak właśnie rzeczy miały miejsce. — Nie było bez niego, lecz z nim, ale, powtarzam: było i co innego. Jeżeli na filozofa miał on wpływ ożywiający — to pisarzowi w wielu względach zaszkodził: zanadto przejąłem się myślą, że pisanie, tworzenie, jest to wyrażanie siebie, nie zaś tworzenie jasnych i zdolnych trwać w słowie przedmiotów myślowych. Taine, który przed okresem przybyszewszczyzny był moim mistrzem w pisarstwie, niewątpliwie utrwalił we mnie pojęcie pisarstwa o tym właśnie charakterze. Prawda, umiałem na razie tworzyć tylko przedmioty à la Taine, ale byłbym się wyzbył tej ograniczoności. Natomiast na cały szereg lat, aż po te dni ostatnie, utraciłem z oczu w ogóle te perspektywy, cele wysiłku pisarskiego. Przedmiot przestał być kategorią w mym pisaniu, tak jak nie jest on nią dzisiaj u żadnego wybitniejszego pisarza polskiego młodszej generacji. Tylko Reymont142, Sieroszewski143, szczególniej ten ostatni, mogą być rozważani z tego punktu widzenia. Biedny i pomimo wszystko szlachetny jako umysł i silny jako tendencja artystyczna J. A. Kisielewski144, miał wyczucie swojej odrębności, ale miał za mało siły moralnej, by dojść do całkowitego rozumienia, zbyt łatwo wierzył, że dość jest powiedzieć: „ja jestem klasykiem”, że dość jest chcieć być klasykiem!
Wydaje mi się niewątpliwe, że dla zrozumienia romantyzmu XIX stulecia trzeba znać dobrze kulturę XVII stulecia, a następnie już z niesłychaną przenikliwością badać kulturę XVII stulecia fakt po fakcie, pozbywszy się przedtem wiary w uznawane i ustalone, otoczone rozgłosem, konstrukcje. Trzeba też — o ile w ogóle nie uda się zniweczyć naukowo samego tego terminu romantyzm — wyodrębnić romantyzm XIX stulecia od form pokrewnych, które są lub też nie są zazwyczaj oznaczone przez to miano. Taka Zofia Nałkowska, osoba, która, gdyby chciała się uczyć, gdyby znała fakty i gdyby naturalnie zdobyła się na odwagę odzyskiwania powolnego sumienności intelektualnej, będzie naprawdę wierzyć, że W. Feldman wie w ogóle, o czym mówi, gdy rzuca ona na los szczęścia swoje „ale”, „a przecież” ex re145 moich usiłowań stworzenia klasyfikacji romantyzmu. Niewątpliwie, że to odbiera chęć do pracy.
Romantyzm dla W. F. dla Z. N., dla całej poczciwej polskiej publiczności, to sprawa prosta: od Obermana146 do Micheleta147, od Hoffmanna148 do Stendhala149, od Mériméego150 do Leroux151 lub Novalisa152, od Fr. Schlegla153 do Gautiera154, od Mickiewicza155 do Murgera156, od Mazziniego157 do Heinego158, od Baudelaire’a159 do Carlyle’a, od Słowackiego160 do Feuerbacha161 i od Shelleya do Kl. Brentana162 — to dla nich wszystko proste i łatwe do ujęcia. Dźwięki raczej niż słowa, rzeczy całkiem nieobecne. Ileż tu odcieni rzuca się w oczy przy pierwszym objęciu wzrokiem niedokładnie znanej, a więc uboższej, mniej różnorodnej wielorakości.