Otóż romantyzmem jest dla mnie twórczość zainteresowująca przeważnie tożsamość twórcy: klasycyzm nie kwestionuje tej tożsamości.

Z tego punktu widzenia Byron wyrażał stan duszy, umożliwiający romantyzm — kwestionował to, co stawiało opór indywidualnym procesom i nadawało raz na zawsze określone znaczenie życiu ludzkiemu — ale poza tym, samego procesu romantycznego, twórczości zmieniającej w nim samą treść człowieka, życie ludzkie, nie można odnaleźć w tym znaczeniu, co np. u Blake’a, Coleridge’a, nawet Wordswortha225, nawet Lamba. Romantycznym był jego temat, on sam, ale twórczość jego podobniejsza była do procesów umysłowych Pope’a, Montiego, Alfieriego, potem Włochów XVI stulecia, niż do współczesnych. Co myśleć o tym powiedzeniu Norwidowskim: Sokrates poetów226? Nie pozwolić, by w umyśle moim Norwid stał się martwą, frazeologiczną fikcją. Analizować. Tu jest obecnie jedno z dojrzałych moich zadań.

*

31 XII

Z pewnością mylnie dotąd układałem plany opracowania Newmana227, mylnie, gdyż — zawsze ulegam instynktownie działającym a zakorzenionym, gdyż wyrobionym przez nieustanne spostrzeżenia dnia powszedniego, przez cały tryb polskiego życia — pojęciom o życiu. Chrześcijaństwo, katolicyzm, kościół, religia, są w naszym życiu obecnym sprawami istniejącymi bezwzględnie na zewnątrz literatury, filozofii, nauki, wszystkiego, co stanowi kulturę. Możemy mówić o stosunkach kultury do chrześcijaństwa, kościoła etc. — ale gdy mamy do czynienia z typami życia, w których związek ten jest organiczny, gdy mamy do czynienia z typami, w których zostaje zrealizowana cała potężna idea chrześcijaństwa, kościoła, jest to dla nas świat, w którym nie umiemy się orientować. Newman uważał kościół za sumę życia ludzkości, z niego brało źródło wszystko, co jest życiem, wszystko, co jest człowiekiem. Kościół bvł jego definicją człowieka, gdyż tylko fakt kościoła odpowiadał mu na pytanie: czym jest człowiek we wszechświecie, jak możliwe jest coś takiego jak życie ludzkie. Toteż gdy w moim artykule — dopiero w 2–3 miesiące po przeczytaniu go nauczyłem się go cenić — i jeżeli jest słuszne, jak myślę, że tego rodzaju powolne dojrzewanie myśli, wrażeń, jest cechą rzetelności myśli — Newman w stosunku do mnie działa zawsze w ten sposób. Nie zdaję sobie sprawy przy czytaniu, co zachodzi we mnie, a nawet, że coś zachodzi, ale po długim czasie odnajduję w sobie myśli, które dopiero po analizie i zastanowieniu wykazują swój rodowód z dzieł Newmana. Nie jest to już powierzchowne życzenie mieć i znać Newmana w zupełności. Teraz już wiem, że gdy dyskutuje on o kwestiach angielskiej organizacji kościelnej, angielskiego życia umysłowego, to nie zmienia to nic w tej niezawodnej prawdzie, że właściwie zajmuje się on tylko w sposób dojrzały, wyrobiony, a więc subtelnie konkretny — całkowitym zagadnieniem człowieka. Teraz więc już nie jestem w stanie traktować poezji Newmana ani tych jego pism o kulturze uniwersyteckiej, których nie znam, jako czegoś przypadkowego. Myślę, że strasznie skrzywdziłbym ten umysł. Kościół był dla niego prawem życia umysłu ludzkiego, ale nie będzie rzeczą słuszną przedstawić samą tylko jego pracę nad wyjaśnieniem i upodstawowaniem tego prawa, pomijając jego wyniki, przykłady jego chrześcijańskiej kultury in concreto228. Także trzeba zająć się jego studium o Cyceronie229.

B. B. i jego T. z pogardą mówili o Cyceronie. Ile potrzeba czasu, by zrozumieć, jak trudną, rzadką, jak głęboko ważną i jak przedziwnie moralną rzeczą jest „urbanité230, wytworna uprzejmość myśli. Newman wiedział, że chrześcijaństwo ze swoim „moi est haïssable231, obcinaniem dzikich pędów starego Adama, jest w gruncie rzeczy attyckie, humanistyczne; chrześcijaństwo, a przynajmniej katolicyzm, jest najrzetelniejszą, o wiele rzetelniejszą i o wiele zupełniejszą niż renesans, spuścizną klasycznej starożytności. Ile głupstw i to głupstw, które stają się nietykalnymi, obarcza umysły nasze. Lemański jednak będzie i nadal wyrzekał na krytykę, uważał ją za zbyteczną, szkodliwą, niepłodną.


Trzeba, nie odkładając, zacząć czytać Pastora232 i, o ile się da, Sarpiego i Pallavicina233. Trzeba zdobyć prawa zabrania głosu w tej sprawie, najważniejszej dzisiaj może dla nas.


Przy przerzucaniu zapisanych kartek wpadło mi w oko nazwisko Michajłowskiego; jak pięknie byłem młody, gdym go czytał. Nie zmieni już nic tego faktu, że dużo najświeższych moich wzruszeń, najmłodszych, najszczerszych moich myśli zrosło się z tymi nazwiskami. Zresztą krzywdzimy tych ludzi. Pisariew234 wart jest niemniej niż Stirner235, zapewne dużo więcej. Michajłowskiego można czytać obok Proudhona236, Carlyle’a. Bielinski237, Dobrolubow238, Czernyszewski239, mniej niewątpliwie genialni, mniej świetni myślowo (może teraz krzywdzę Bielinskiego), nie mniej zasługują na uwagę i studia niż eseiści angielscy lub francuscy. A drogi mój Gleb Uspienski. Stałoby się to z krzywdą mej duszy, gdybym dał ich sterroryzować i zapomniał o tych pierwszych moich nauczycielach. Pamiętam jeszcze wrażenie przy czytaniu Ojców i dzieci240 Turgieniewa241. Co za książka! Nie znam rzeczy tak harmonijnie tragicznej i ludzkiej w literaturze tego rodzaju. Ale wtedy, w 15. roku, wydawało mi się, że po raz pierwszy spotkałem się z mową dorosłych ludzi. The brain242, jak mówi Meredith — po raz pierwszy spotkałem się z tym żywiołem we mnie, w czytaniu. Dotąd myśl to było coś, czego ja nie znajdowałem sam przez się w sobie, coś uroczystego, nudnego; i pokornie znosiłem ten stan rzeczy. Nagle książka z myślą, która mówiła to właśnie, co mnie interesowało, poruszała się we mnie i poza mną jednocześnie. Potem Zbrodnia i kara243; nie wierzyłem oczom, że to jest napisane, że mogą istnieć stronice tak przyspieszające sam proces wewnętrznego istnienia. Zdaje się, że nie zrozumiałem Idioty244 ani Biesów245, ani Podrostka246. Braci Karamazow247 nie mogłem dokończyć. Ale Преступленіе и наказаніе248 umiałem czytać ze 20 razy i wiem, że bylem zaczął czytać którąkolwiek książkę tego pisarza, już jej nie rzucę — póki jej nie pochłonę całej, zawsze z gorączką wewnętrzną, poruszeniem całej istoty, zawsze odnajdując, że ci ludzie się znów zmienili, że zmieniły się akcenty ich mowy. Balzac ma podobną władzę nade mną, ale nie w tym stopniu; myślę nawet, że Dickens249 mógłby pozyskać najprędzej wpływ równie silny, i teraz będę miał sposobność się o tym przekonać. Nieodwołalnie postanowiłem przestudiować gruntownie wszystko, co on napisał. Sądzę także, że, bylem się zmusił, W. Scott może mi dać dużo szczęścia, zdrowia duchowego i zadowolenia — ale trzeba mieć te książki. Saint-Simona chcę czytać i pewno będę. Są w Polsce ludzie, mający 25–30 lat i sądzący, że znają dobrze, nawet świetnie, literaturę. Czytam Hoffmana obok dwóch Johnsonów (właściwie Ben był bez h).