— Ej, ty! Oddaj nam Czernyszewskiego! Czernyszewskiego nam oddaj, słyszysz!
— Czegoś się rozkrzyczał — rzekł Żemczużnikow. — Dużo krzykiem pomożesz...
— Jeżeli jego wola — rzekł Brenneisen — nikt mu przeszkodzić nie może.
— Sam przepadnie.
— Jeżeli jego dusza znieść nie może milczenia, niech krzyczy. Inaczej ona będzie podłą duszą.
Ale Żemczużnikow podszedł już do okna.
— Słuchaj, Jaszka — rzekł. — Czy ty wiesz, co z tego będzie, gdybyśmy nawet przed Zimowy Pałac222 poszli wołać: oddaj go nam!
— To i co — rzekł Jaszka. — Zabiliby, niechby zabili.
— Bardzo mądrze, powiedziałby Czernyszewski. Bardzo, bardzo sprytnie to pomyślałeś: zabiliście mojego przyjaciela, to i mnie zabijcie. Nieprawdaż.
— Ale milczeć, kiedy twojego przyjaciela, nie przyjaciela, ale świętego, mędrca, zabiją — to hańba.