Rysował mi go dumnym, nieprzystępnym wśród pełzającego petersburskiego dworactwa.
Car nie miał naokoło siebie człowieka, nikt nie śmiał być człowiekiem wobec niego, myśleć, kiedy on mówił.
W Wielopolskim po raz pierwszy spotkał może Aleksander II człowieka, który go się nie bał.
Naokoło wszyscy mówili carowi: będzie to, co zechcesz.
A on nie chciał mocno niczego. Raczej się bał. Więc czuł, że grunt się pod nim chwieje, że opiera się tylko na bezmiarze tchórzostwa i słabości.
Nazbyt gardził bezwiednie wszystkimi, aby mógł na kogokolwiek bądź liczyć. Liczyć na niewolników niepodobna. Więc właściwie był sam. A gdy samego siebie w sobie szukał, nie znajdował nic: pustkę i strach, nudę i jałowość.
Miał odwagę fizyczną i sam na sam chodził na niedźwiedzia, ale nie miał wewnętrznego męstwa. Nie wiedział, kim jest i dokąd idzie. I gdy zaczynał rozmyślać, odurzała go mgła myśli ciężkich i niejasnych, dusznych jak zapach ładanu230.
Kiedy w sali obrad korona polska z trzaskiem padła na posadzkę, Aleksander II widział w tym prognostyk231, a Mikołaj kazałby ochłostać lokaja, do którego należało pilnować porządku w sali.
Mikołaj czuł się bogiem, a lud uważał za bydło. Czuł się oficerem, który po śmierci pójdzie zdać Przedwiecznemu raport, że wszystko w porządku. Gdy los pomieszał mu szyki, otruł się232, tak jakby to uczynił urzędnik po sprzeniewierzeniu pieniędzy skarbowych.
W Aleksandrze II nie było stanowczości.