I istotnie śmiech Wasiljewa był przykry. Był jakimś jadowitym szyderstwem. I trudno było orzec, z czego szydzi on.

Naszych planów o oswobodzeniu Czernyszewskiego wysłuchał w milczeniu.

— O tym już inni myśleli — wreszcie rzekł.

— Więc co? — zapytałem.

— Trzeba dużej siły, z tą siłą można by już coś innego zrobić.

— Co, na przykład? — pyta Żemczużnikow.

Wasiljew zmarszczył się:

— Dużo będziesz wiedzieć, szybko zestarzejesz... A zresztą nie, panowie, z was nikt się nie zestarzeje.

— Także doktor — żartował Jaszka — i na jakąż to pomrzemy chorobę?

— Ja widziałem — powiedział posępnym głosem Wasiljew — Karakozowa; na tę samą...