Rozśmiała się, zagwizdała i poszła.
Próbowałem wstać, iść — nie mogłem. Gorączka chwyciła mnie, zęby szczękają.
I takem siedział w pustej ulicy i umierał. Wokoło były domy bogatych ludzi. Jedli, pili, spali w czystych posłaniach. Czy ja dla nich byłem człowiekiem? Niech mi nikt nie mówi, że jest społeczeństwo. Nie uwierzę: ja w tę noc nauczyłem się myśleć. Przechodziły koło mnie dziewczęta pijane, głodne, zmarznięte, złe. Śmiały się. Nie mogłem się ruszać. Zebrała się ich koło mnie cała gromadka. Kto taki? Mówię: „student”. Śmiech. Wreszcie uradziły zabrać mnie — weselej będzie. Poszliśmy do pokoiku; mieszkały w nim dwie dziewczyny. Wiem, że coś piłem. Potem zwaliłem się i takem został. Przez dwa tygodnie tam na sofce przeleżałem w gorączce. Dziewczyna — upadły człowiek, prostytutka, błoto, na które taki piękny pan jak Herzen spojrzeć by nie chciał, jeść i pić mi dawała, ciałem swoim na mnie zarabiając. Tak ja sobie leżę w gorączce, a do niej przez noc pięciu, sześciu gości przychodzi.
Słyszę, jak biją ją, a ona krzyczy, i ruszyć się nie mogę...
Raz pijany wachmistrz ją już zbił i nogami skopał.
„A teraz — mówi — ja twojego seladona261 — to jest mnie — pomacam”.
Wtedy ona jego rąk się czepiała, w nogi go całowała, aby mnie nie ruszał.
Potem cały dzień siedziała przy mnie: jakąś laską okutą głowę on mi wtedy nadwerężył — i płakała nade mną. Piosenki mi śpiewała, bajki opowiadać chciała. A najniższego rzędu prostytutka była. Od gościa i pół rubla nieraz nie dostała.
I za cóż ja teraz was oszczędzać mam? Czy wyście nas oszczędzali?
— My? — chciałem protestować.