Nieczajew nagle schwycił mnie za rękę.
— Lubiłem was — powiedział. — Wy nie patrzcie, że na moich rękach krew. To nie była niewinna krew. Nie wolno mieć ambicji, mieć rozumu, kiedy idzie o walkę. On stał na mojej drodze. Cóż ja? Prędzej czy później i mnie koniec ten. Ja widziałem, jak wieźli na śmierć Karakozowa. Ręce i nogi wisiały jak gumowe łachmany, jakby w nich kości nie było. Jego sam Murawjew badał. Czy wy wiecie, jak nam przyjdzie umierać? Jemu było lżej.
Było mi go żal.
Czuło się, że on, człowiek, nie ma na świecie nikogo i nic.
— Bądźcie zdrowi — powiedziałem mięcej. — Może spotkamy się jeszcze.
— Popowa pilnujcie w Moskwie — raz jeszcze wołał Nieczajew, kiedym wychodził.
Byłem w sieni264, kiedy zatrzymał mnie Schultz.
Kurczątko było czymś wzruszone.
— Proszę, niech pan jeszcze wróci.
Wróciłem do pokoiku.