Dzień przeszedł nam na różnych staraniach. O sprawie Kasjanowa nic oczywiście dowiedzieć się nie było można. Matkę jego przynajmniej udało się za pomocą różnych starań wydobyć. Jakaś pani odegrała rolę krewnej i wzięła ją na swoją odpowiedzialność. Starowina zresztą nie mogła stanowić żadnego niebezpieczeństwa. Była nad wszelki wyraz przerażona i patrzyła na nas łzawymi oczami zaszczutej sarny, gdy wieźliśmy ją z cyrkułu308. W cyrkule znaleźliśmy ją pod opieką jakiejś pijanej baby. Siedziała ona nad staruszką i zawodziła żałośnie, popłakując. Miała podbite oko i wyglądała na wpół przytomnie. Staruszka jednak, gdyśmy ją brali, czepiała się rękawów swej opiekunki i płakała cicho. Trudno wyobrazić sobie coś bardziej przejmującego niż te łzy cicho spływające po twarzy starego człowieka, bojącego się skarżyć głośno i opierać.
— Jedzie pani do Mitii — rzekła Tarutina.
— No, nie do Mitii, ale Mitia tak kazał — poprawił Bołchowski.
Staruszka spojrzała na niego.
— Mitia kazał — powtórzyła.
Od tej chwili nabrała do niego wielkiego zaufania.
— Nie należy nigdy chorym ani dzieciom kłamać — powiedział Bołchowski do Tarutinej.
Dziewczyna zaczerwieniła się.
— No, no, niech pani tylko nie rozpacza — pogładził ją po ramieniu.
— Zinaida Petrowna — rzekł do mnie — dwie noce nie spała. Za buciki pięć rubli zapłaciła. Wciąż rachunek robiła, ile dni żyć może chłopska rodzina za pięć rubli.