Zinaida Petrówna miała jak gdyby zapłakane oczy. Martynow mówił nienaturalnym basem.
Gdym wyszedł po coś do kuchni, usłyszałem głos Tarutinej.
— Teraz to jest nawet nieszlachetnie okazywać mi swoją niechęć.
Bołchowski śmiał się, kiedy wróciłem.
Po herbacie posługaczka przyniosła butelkę taniego szampana.
Tarutina spojrzała z wyrzutem na Bołchowskiego, miało to znaczyć: Kasjanow cierpi, a panu szampan w głowie.
Ale Bołchowski uśmiechał się tylko:
— Dla drogiego gościa — mówił, mrugając na mnie.
Nalano szklanki i Bołchowski, uśmiechając się filuternie, wziął za rękę Zinaidę Petrównę i Martynowa.
— No — rzekł — a teraz za zdrowie młodej pary. Daj wam Boże wiele, wiele szczęścia.