Mnie w tym czasie dręczyła apatia i stan duszy lichy i leniwy.
Żemczużnikow pragnął samotności: spotykałem go nieraz nad jeziorem. Z wyrazem cichej ekstazy w oczach snuł się jak duch wszystkiemu, co go otaczało, obcy.
Schroniłem się sam w jakimś pensjonaciku lozańskim, aby nie spotykać nikogo.
W Zurychu byłem u Tarutinej i Martynowa. Naiwny, młody entuzjazm zbierającej się u nich kolonii drażnił mnie.
Czuli się oni pewni zwycięstwa, nie myśleli o walce takiej, jaka ich oczekiwała. Ja nie byłem dla nich odpowiednim towarzyszem.
Zresztą w pewnych kołach na nas, nieczajewowców, trochę się w tym czasie boczono.
Byłem sam.
Dniami całymi siedziałem zamknięty w pokoju. Wieczorami wychodziłem i błąkałem się po okolicy.
Lubiłem wdrapywać się na wznoszące się nad Lozanną wzgórza Signalu i tam siedzieć bez ruchu. Kilka razy spędziłem tam noc.
Z tego czasu nie pozostało mi niemal żadnych wspomnień.