Nagle mignęło mi w głowie przypuszczenie.

— To pan — krzyknąłem — chował się wtedy w Zurychu w kącie karety! Na pewno pan. Poznałem głos: „Allez plus vite, plus vite467”. Na pewno.

Żandarm nie przestał się uśmiechać.

— A ja nawet wtedy nie przypuszczałem, żeśmy się tak blisko osiebie otarli. I ja nawet teraz dziwię się, co wspólnego między panem a Nieczajewem.

— Jednak żądał pan, aby mnie wydano jako jego wspólnika...

— Inne okoliczności, łaskawco, inne okoliczności. Teraz my już o Nieczajewie mówić nie potrzebujemy. Co Nieczajew! Ot, taki Bołchowski, na przykład, inna sprawa.

Miałem już dość.

— Panie prokuratorze — powiedziałem — niech pan zapisze w protokole: nazywam się Michał Oktawianowicz Kaniowski, lat mam dwadzieścia siedem i żadnych zeznań składać nie będę, na żadne pytania nie chcę odpowiadać.

Żandarm stracił humor.

— Źle pan robi, i to bardzo źle, a ja właśnie chciałem nowinę panu powiedzieć całkiem nieoczekiwaną. Pan wie, w Tule...