Goldenberg wzruszył ramionami:
— Myślę i myślę, co jest życie ludzkie. Dawniej myślałem: Bóg. To był przesąd. Był czas, kiedy i ja stałem na teologicznym stopniu rozwoju. Później zrozumiałem, że jest tylko fermentowanie materii. Skąd powstał człowiek? Przypadkiem, i nic nie zastał gotowym dla siebie. Życie świata biegnie tak, jakby nie było człowieka. Więc człowiek walczy: zmusza materię, aby służyła jemu. Tak, ale poczekajcie. Teraz ja z wami mówię, ja jestem, ja cierpię, ja myślę i nagle nic. Nic. Mnie nie będzie. Czy wy zrozumiecie, nie będzie mnie. Ja nic nie będę widział, wiedział, ja nie mogę pojąć. Chcę uciec — a to goni i jest wszędzie: nie uciekniesz, zawsze dogonię cię i zgaszę oczy twoje, zdławię myśl. Nie można uciec przed śmiercią. A czy można żyć, widząc, że się umrze, że się zginie w tym strasznym i czarnym? Słuchajcie, wy możecie myśleć? Co to jest? Wiecie, że nie będzie nas.
— Nie będzie — powiedziałem.
— Nigdzie, nigdzie — ani was, ani żony waszej.
— Nie...
— Więc po co to wszystko? Po co? To przecież jest szaleństwo. Nic nie ma. Jest noc i ruszające się błoto. Z nocy ciemnej wyłania się coś. Jest i czuje. Czuje, jakby było wszystkim. I znowu nic. Nic, jakby nas nigdy nie było. Więc już teraz jest nic. Bo co jestem ja? Coś, co zniknie. A kto wie — o tym? O słońcu, o ludziach, postępie... Ja? Więc co? Tego wszystkiego nie ma. Ja wierzę w prawdę, znam prawdę. Gdzie ona jest — we mnie. Ale czy ja jestem? Przecież mnie nie będzie. Więc nic nie będzie. A to jest. I serce kąsa. Dlaczego ja cierpię w tej chwili? To nie ma przecież sensu. To nie może tak być. Co to jest wszystko? Czy wam nie żal samych siebie, waszej pięknej żony? Każdej chwili, w której wy nie jesteście szczęśliwi. Przecież to wszystko zniknie. Nic nie zostanie, nic na zawsze. No, ja przyjdę do trupa mojej matki i powiem: tak było trzeba. Czy ona zrozumie? Nie. Czy ona będzie gdzieś, gdzie można będzie widzieć i słyszeć? Nie, ona zniknie. Razem ze swoim bólem zniknie, z tą skargą, że ja jestem zły syn. Ona myśli, jak pieściła mnie, jak mi śpiewała piosenki, jak za ostatni grosz kupowała łakocie, ona myśli, jak się mój ojciec śmiał, kiedy był wesół i widział mnie. I ona myśli, jak to wszystko znikło. I ona zniknie. I cóż ja powiem jej chłodnemu ciału? Nic. Ja sam tak samo będę kiedyś leżał — nie rozumiejąc. To jest okropne. Kto morduje człowieka, kto wymyślił śmierć? Czy warto żyć? Czy nie lepiej było mi żyć szczęśliwym? Ja nie wiedziałem, co to jest śmierć. Wiedziałem, że umrę, ale nie wiedziałem, że to jest to. Czy wam nie jest żal was samych, czy wam nie żal człowieka?
— Człowiek musi znieść tę myśl — powiedziałem — to jest konieczność. Duma nie pozwala bać się znikomości.
— Ja się boję — rzekł Goldenberg. — Nie. Ja mam wstręt. Mam wstręt do śmierci... Słuchajcie... Gdyby tak kto zabił mnie, gdy spać będę — byłoby dobrze... nie wiedziałbym... byłoby dobrze. Ja znieść nie mogę. Siedzi sobie stara Żydówka w ciasnej, brudnej, wilgotnej izbie i płacze. Syn ją zrujnował. Syn, na którego pracowała ciężko. Jeszcze ją boli krzyż od tej pracy, jeszcze łamie jej ból zmęczone ręce na samo wspomnienie. Teraz ona już do końca życia będzie głodna. Zawsze będzie głodna. A jak człowiek głodny, to opada go takie wilgotne, nudne zimno, spać się chce. I spać nie można. Wszystko boli wtedy, w oczach się ćmi, żadnej radości nie ma. Ona siedzi i trzęsie się, i tak już będzie zawsze. A syn chodzi po wielkich miastach, myśli: bohater — po głowie się gładzi. Żyje tak, aby inni ludzie kiedyś nie byli głodni. I oto idzie myślą do domu i zastaje trupa, który był głodny, kiedy umierał. I on sam też umrze. I inni ludzie umrą, i ziemia zastygnie. To wszystko jest śmieszne, śmieszne.
— A jak to wszystko jest pomyłką? — rzekł po chwili.
— Co? — zapytałem.