Kto jej nie znał, nie uwierzy, że ona taka być umiała: wesoła jak dziecko, pełna dobroci i słodyczy. Nikt nie umiał tak, jak ona, być przyjacielem, nikt nie miał tych szczęśliwych natchnień serdecznych, jakie daje tylko przyjaźń bardzo szczera i bardzo żywa. Opowiada się całe legendy o jakiejś ginącej jakoby kobiecości. Ja po śmierci Oli czułem naokoło siebie nieustannie uprzedzającą, przewidującą dobroć siostrzaną. Sonia czuła, że są chwile, kiedy kobiecy, miękki głos, wyrozumiałe spojrzenie stają się koniecznie potrzebne. Czuła się zresztą bogata i szczęśliwa w tych czasach.

Siadła koło mnie i skierowała rozmowę, jak zawsze niezawodnym przeczuciem wiedziona. W sposób nieznaczny, niedostrzegalny otoczyła mnie atmosferą wspomnień, które nie mówiły nic o Oli, lecz rozpuszczały tę twardą skorupę skrzepłego bólu, jaka pokrywała serce. Z niezrównanym taktem słowa jej pozostawały na tej granicy, poza którą pamięć przeobraża się w ból. Wytwarza się w duszy nastrój jednocześnie obejmujący umarłych i żywych. Byli oni jednakowo obecni, różnica między zaginionymi i nami, wspominającymi, zatarła się: wszyscy żyliśmy jak gdyby wśród jakiegoś krajobrazu, który nie był ani obecnością życia, ani śmierci, ani krajem pożądania, które wyrywa się precz, ani krajem tęsknoty, rozłąki. Opowiadała, jak ocalał Cyprianow podczas rewizji w prowincjonalnym miasteczku.

— Widzieliśmy — mówiła Sonia — jak otacza policja dom, w którym on był. Z zamarłym sercem patrzyliśmy na nieuchronną zgubę. Miał on wtedy przy sobie ważne papiery, szyfry, klucze. Ani myśleć o ratunku; wtem widzimy, od domu pędzi jakiś człowiek w czerwonej koszuli, na harmonijce gra, komaryńskiego615 tańczy, o białym byczku śpiewa.

Oj, był, oj, poszeł,

Oj, komaryński mużyk.

„Cyprianow” — powiada Michajłow.

Nie śmieliśmy wierzyć oczom, a on pośrodku ulicy hołubce616 wywija z klasyczną ścisłością, wpada wreszcie pomiędzy nas i powiada:

„Muzyka nie spodobała się, powiedzieli: »Ruszaj won, przy rewizji przeszkadzasz«. Przy nich już nawet potańcować ani zagrać nie można”.

Widziało się, słuchając tego, uśmiechnięte oczy Cyprianowa, jego pogodną twarz. I znikała pamięć, że legł on w Moskwie, na ulicznym bruku, z czarną raną w głowie. Pamiętałem, jak znosił Oli bukiety w Odessie, jak pędził ulicą na swoim koniu naprzeciw prowadzącej ją straży w Twiery, bezpośrednio po ocaleniu z zanadrza wydobył pęczek świeżych konwalii. Marzyciel, który na trzy godziny przed śmiercią jeszcze Republikę617 Platona czytał, marzył o tym, kto napisze nową, nie nad brzegami Ilyssu618 wznoszącą się już, lecz obejmującą Atlantyk i Wielki Ocean. Trzy godziny jeszcze przed chwilą, gdy padł czaszką na twarde kamienie, świeciło w niej jeszcze złote słońce myśli.

Perowska z wolna, z wolna zbliżała się ku wspomnieniom coraz droższym, coraz bliższym, mówiła, jak poniósł z sobą do katorgi pierścień z włosów trzech sióstr spleciony Piotr Aleksiejew619 — „mnie, Olgę Lubatowicz i ją siostrami, nazywał” — mówiła.