Teraz spojrzał na nas swoimi otwierającymi się nagle oczyma i rzekł:

— To jest jednak ciekawe, czym jest przestrzeń poza głową ludzką.

— Michajłow wierzy w Boga — powiedział Żelabow.

Aleksander uśmiechnął się:

— Tak, bo jest zboże, praca, poezja grecka, Międzynarodówka i wy.

— A Żelabow myśli z gniewem — żartował Sablin — jak ten Bóg może istnieć.

— Nie — powiedział spokojnie Żelabow — myślę tylko, że trzeba znaleźć inne słowo. To, co jest, jest i musi być zależne ode mnie. Nie może być wypowiedziane ostatnie słowo.

— Chciałbym raz spojrzeć na świat oczami Łobaczewskiego, jego wewnętrznym wzrokiem — marzył Kibalczyc — jest rzecz straszliwa, jak ta wielka, obca, wszechpotężna rzecz nieustannie poza nami żyje.

— Za mało się kocha Kibalczyca, panowie — wołała Sonia — stanowczo za mało się kocha Kibalczyca. On sam nie wie, ona nie wie, nasza kochana Katarzyna — było to żartobliwe przezwisko Kibalczyca — jaki jest piękny. — Mówiła to wesołym głosem, ale w oczach miała łzy. — Żebyście wiedzieli — skończyła, obejmując nas wszystkich spojrzeniem — jak ja was kocham — i oczy jej spoczęły wreszcie na postaci Żelabowa.

I on poczuł na sobie ten wzrok i po jego ostrej, pięknej twarzy wodza przebiegł rumieniec. Żegnaliśmy się w ten wieczór cisi i spokojni. Na drugi dzień po południu szedłem się przebrać, by iść na wskazaną przez Nieczajewa schadzkę, gdy spotkała mnie Wiera, blada z sinymi wargami: