Tłum przerażony usuwał się ku drzwiom, Worobjew stał jak przykuty. Kitty wołała:

— Koronę cierniową wkładasz na głowę kata. Piłat tylko umył ręce. Piotr wyparł się i zawstydził. Powiedz pan, że to nieprawda, odwołaj pan.

Jakaś pani w koronkach wdrapała się na katedrę i histerycznym, zdławionym głosem zaczęła wołać:

— Ona bluźni, bluźni, ty nasz święty, ty nasz wielki!

A Kitty mówiła:

— Pokłoń się ich świętym szubienicom, pokłoń się ich świętym głowom, duszy nie gub. Kłamstwa nie siej. To kłamstwo, kłamstwo. Kat jest na twoim ołtarzu, krew ludu leje.

— Jak ona śmie! — zawołał wreszcie jakiś tłusty, poważny pan.

— Aresztujcie mnie lub odbierzcie mi życie, wy czciciele rosyjskiego Chrystusa! — wołała Kitty, prostując się. — Jestem narzeczona Kibalczyca.

Zamęt był nie do opisania. Drzwi główne zatarasowane były przez stłoczoną falę głów, na katedrze stał Worobjew ze zgaszoną twarzą, zgarbiony, wpatrzony w ziemię. Jakieś panie zbliżały się do Kitty płacząc. Coś mówiły, ściskały ją za ręce. — Ona wyrywała im je.

— Ich krew na waszych rękach, na waszych duszach i wszędzie — wszędzie.