— My — mówił Tichonrawow — chcemy rządzić światem, tak jak gdyby cała słuszność była w rozumie, myśli, a świat był tylko materią, czymś martwym. A jeżeli on ma swój własny rozum, jeżeli my jesteśmy tylko jego cząstkami, tego większego rozumu, zbuntowanymi przeciwko niemu?

— Coś podobnego mówił przy mnie Pobiedonoscew.

Tichonrawow uśmiechnął się.

— Coraz głębiej jestem przekonany — rzekł — że rozum indywidualny nie ogarnia prawdy, jest z nią niewspółmierny i opierając się na swojej własnej logice, na własnym przekonaniu, przesłania sobie oczy tylko.

A zresztą to może nie mieć w ogóle żadnego sensu — rzekł w końcu. — Kto nam powiedział, że życie ma jakiś sens, że jest w nim jakaś logika? Lub że ono jest rozumne. To wszystko złudzenie nasze.

Czy ty nie doznajesz wrażenia, że właściwie jest tak, jak jest napisane w starym, dziecinnym katechizmie, że tam jest Bóg?

— Nie — wzruszyłem ramionami — to mi się już nigdy nie wydaje.

— A zastanów się, że jest to także logiczne. Na przykład nic logiczniejszego niż nauka o grzechu pierworodnym. Co to jest grzech pierworodny? Indywidualność nasza. Gdy idziemy za jej popędem, wpadamy w błąd. Tak. Bo poza nami jest to wszystko, czym my nie jesteśmy. Rozumiesz? Wszystko. Więc musimy siebie w sobie zabić, aby stać się tym, co jest poza nami. I w Rosji, czy Rosja nie jest tym, czym musi być? Zacznij wszystko od początku i znów wszystko powstanie takie samo. Każdy idzie tylko za głosem swojego ja. I chce niedorzeczności. Niedorzeczność wzajemnie się paraliżuje. Dusze muszą odrodzić się i wychować — czy ty nie rozumiesz, że tak jest, że w tym wszystkim jest i była straszliwa pomyłka?

Było mi go żal, powiedziałem więc tylko:

— To wszystko nadaje się do dłuższych badań naukowych.