— Pamiętasz testament Sołowjewa? — zapytałem.

Skinął głową...

— Ciężko jest wykonywać testamenty. Życie nie wraca, nie słucha naszej woli: ono dzisiaj nieustannie tworzy nowe formy, pracuje zawsze w kierunku własnym, nieustannie pracuje dla samego siebie.

W dwa dni potem jechałem dorożką po ulicy Petersburga. Nagle wskoczył ktoś do niej, schwycił mnie za rękę — był to szpieg Vogel. Siedział on, ciężko dysząc, nie było nigdzie policjanta. Mogłem go z łatwością strącić na bruk. Patrzył on na mnie błagalnymi oczami.

— Niech pan pozwoli, żebym ja pana złapał. Pana i tak wezmą, ale niech to ja — mnie chcą ze służby wypędzić. Ja mam astmę, dzieci mają skrofuły703. Niech pan pozwoli, żebym ja... Dzieci modlić się będą.

I podniósł moją rękę do ust.

— Zostaw! — krzyknąłem. — Bierz mnie i milcz.

Na rogu następnej ulicy stał policjant. Vogel dał mu znak. Wszystko było skończone.

XXII. In hac tumba704

Gdy już po wszystkim, po wstrętnej komedii sądowej, po długich dniach niedorzecznego oczekiwania, po podróży w ciemnej kajucie statku wyniesiono mnie wreszcie na brzeg i wprowadzono do twierdzy, gdy zostawiono mnie samego w celi — coś na dnie duszy zapadło jak wieko — jak wieko, które czekało na tę chwilę, gdy zatrzaśnie je wreszcie ktoś na zawsze.