Wtem drzwi się otworzyły, wpadł młody trzynastoletni uczniaczek o różowej twarzyczce, ciężko dysząc:
— Dmitry Antonowiczu! — podbiegł do Kasjanowa. — Siostrę mąż do domu powlókł, grozi, że zabije.
Nastała chwila ciszy.
Nagle rozległ się szczęk, to Wroński cisnął flaszką o podłogę.
— No! Ginąć, to ginąć! A nie będzie tego, abyśmy się spokojnie temu przypatrywali. Mnie i tak śmierć. Niechże wiem przynajmniej, że coś porządnego na świecie zrobię.
Kasjanow złapał go za rękę.
— Pijany jesteś, o czym ty myślisz?
Wroński wyrwał mu się.
— Daj już pokój, ja tylko wtedy trzeźwy, kiedy pijany. A myśli, bracie, to już mam teraz całkiem jasne. Wam się, panowie, mieszać w tę sprawę nie należy. Przydacie się jeszcze, a ja już i tak stracony.
— Z tego nic — rzekł Michajłow — idę z tobą.