Kaszel Wrońskiego ustał. Coś jak uśmiech wykrzywiło mu usta, z których płynęła krew.
— W proch rozbiję — bełkotał Wiazowski.
— Syn pani umiera — szepnął do ucha matki Wrońskiego Kuźniecow.
Spojrzała na niego z gniewem. Nagle jednak zrozumiała widać, gdyż padła na kolana koło syna.
— Nikoleńka, ptaszynko, jedynaku.
Wroński z wysiłkiem wyrwał jej rękę i zrobił ruch, jakby chciał odepchnąć.
Wiazowski mruczał coś, podszedł do Michajłowa i chwyciwszy go za ramię, rzekł:
— Trzeba świecę... tak wypada. Kiedy moja żona umierała, była świeca.
Potem ukląkł i on także koło łóżka, ciężko wzdychając.