Dusza miast

Dusza miast przeszła mi dziś drogę, do głębi przeniknęła mnie swym pozbawionym samotności spojrzeniem istot, które nawet we własnym wnętrzu są tłumem. Zamarło we mnie wszelkie wspomnienie świeżej zieleni łąk, zgasły gwiazdy i zwarła się nieskończoność. Owionęło mnie niezdrowe, przesycone pośpiechem i gorączką tchnienie, otoczyło powietrze ciężkie i lepkie, niby mgła zjadliwa z potu i mozolnych westchnień beznadziejnej, bezjutrznej220 pracy, wyziewów na oślep gnającego pożądania i zawiści tych, co221 już pożądać nie mogą, wysnuta. Myśli moje poblakły i pokryły się kurzem, marzeniom zabrakło przestrzeni, z ukrytych szczelin wypełzały złe, chytre nędze.

Przesmykami szerokimi jak łożyska rzek wyschłych, wąskimi jak szczeliny górskie, o kamiennych, ślepiami okien chytrze świecących ścianach przewalała się i błąkała fala istot, w których zagłuchły222 nieskończone światy. W żelaznym, ochronnym okuciu przedśmiertnym ruchem konającego dziecka szamotało się dławione, znikczemniałe223 drzewo. Szmer jego liści był zeschły, papierowy, urągliwie oswojony i po ludzku w żałości swej śmieszny. Nie pozostało w nim nic ze swobodnego, szerokoskrzydlatego szumu, który szczytami drzew w nieposkromionych łanach i otwartych polach przewiewa. Resztkami samotności mojej przylgnąłem do niego poprzez ten strzęp Wielkiej Bezimiennej do żelaznej kraty na pohańbienie i urągowisko przykutej, pragnąłem wniknąć w jej od wieków tętniące, wiecznie twórcze, niewypowiedziane tchnienie, jej hymn własnej wielkości śpiewany odnaleźć chciałem w tym żałosnym, wynędzniałym szmerze.

Pragnąłem ukorzyć się przed nią w jej niewoli i hańbie, pragnąłem odzyskać światy moje, gwiazdy moje, nieskończoną samotność mej duszy. Ponad głową moją szumiało drzewo, zapomniany odpadek Przyrody, na śmietnisko życia ludzkiego wyrzucony, i dusza moja wyschła była wciąż i bezgwiezdna.

Gdzieś daleko poza ulicami i murami miasta zapadało poza widnokrąg krwawiące się słońce, gdzieś daleko dusze ludzkie zespalały się z jego skonem i nadzieją zmartwychpowstania w cień własny się zagłębiały, i pod gwiaździstymi bezmiarami nieba wstępowały w skupione, zbożne ukojenie. Gdzieś daleko siwą pianą okryte rozbijały się o brzegi fale, szumiąc pieśń żywiołowej twórczości istnień nieznających ni siebie, ni tego, co zrodzi się z ich przemijania.

A i inne, jak zwierciadło spokojne, jak marzenie miłosne zdradliwe, wabiły swą mieniącą się błękitem i zielenią powierzchnią — w wielką, słodką, rozkołysaną i kołyszącą ciszę Bytu, nieznającego Przemiany ni Liczby. Gdzieś daleko dusza ludzka brała w siebie nieogarnioną naukę i nią rosła, w harmonię wirujących światów się wsłuchiwała, przenikała w pełen nędzy Ziszczenia rozpęd gwiazd, które się rodzą, w niepojętą ciszę zamierania tych, co dopełniły kręgu swoich przemian. Gwiazdy i światy wchłaniała w siebie i ponad nie i poza nie rozpościerała wciąż swą tęsknotę.

A nad moją głową szumiało papierowym, zmiętym szelestem zapomniane, pohańbione drzewo; szumiało wciąż jak ktoś, co224 głosu własnej skargi lęka się i wstydzi, i skarży się, i boi goryczy wysłuchania. Kędyś225 w jakieś nieznane drogi wzywał, wiódł mnie ten sierocy, własnej nędzy sromający się226 szelest, jakąś krainę dotąd zamkniętą, zakrytą przede mną mi odsłaniał, lecz nie była to niewypowiedziana, tchnienie myśli chłodem ponadludzkiej samotności ścinająca dziedzina, w której w szematy227 bytów zapatrzone snują swe bezgraniczne, niewyczerpane dzieło, głuche, nieme i dla pojedynczości zjawisk ślepe, a świat barw, dźwięku i rozgwarów228 tworzące i wyłaniające Macierze. Wyczułem jakieś bliskie, najbliższe mi tętno w kornym229 i poniżonym, samoponiżającym się, stłumionym szmerze, lecz nie było to tętno wielkiego serca świata, które w przypływie i odpływie fal morskich, krążeniu soków drzewnych i życiotwórczym szale dwojga kochających się istot jednako bije. Tu tętniło i szemrało ono, to biedne, nędzne, wstydu własnego od dumy odróżnić nieumiejące, przez samo siebie zapomniane serce moje, serce nas wszystkich, którzy drzewu szemrzącemu wśród ulicznego zgiełku podobni jesteśmy i beznadziejni jak ono.

Do drzewa mojego, drzewa, co na smutki swe, których nazwać nie umiało, na utratę mocy swej, której nie znało nigdy, śmiesznym lamentem zmiętej kartki papieru230, przez wiatr na śmietniku targanej, się żaliło, do kory jego zeschłej i spragnionej przypadłem gorzkimi ustami. W bolesnym smutku zespalałem się ze smutkiem jego, ze smutkiem i pohańbieniem istot zbyt nędznych, by nędzę własną przejrzeć, by gorycz własnego bytu nazwać mogły.

I dusza miast zajrzała mi znów w oczy, lecz teraz znalazłem w niej nieskończony, przez nikogo niewyczuty smutek pogrzebów, za którymi nikt nie idzie, żegnań z życiem, które tęsknymi oczami nie mogą wpoić się w żadną twarz bliską i drogą, które przebrzmiewają nieme w samotności i mroku, wśród sprzętów banalnych i obcych, nieosnutych żadnym pasmem rwącego się na wieki przędziwa. Gorączkę marzeń w czterech gołych ścianach gdzieś hen, na poddaszu młode dusze trawiących, pożogę, która w samotnych głowach światy przepala, by je na nowo wyłonić, ból i rezygnację zapoznania231, tęsknotę za czynem i rozpacz, gdy moc jego w duszy odosobnionej i wśród tłumu jak grób w sobie zamkniętej, w proch się rozsypuje milcząca, w spojrzeniu duszy miast, w szmerze drzewa mego, we własnym wnętrzu z nimi zespolonym wyczułem i odnalazłem.

I spowiadać mi się zaczęła dusza miast z bólów swoich, smutków swoich, marzeń swoich, głosem cichym, jak gdyby to dusza własna myśli mojej spowiedź czyniła. I opowiedziała mi sny swoje wśród nocy i za dnia, na jawie ją nawiedzające: błękitny, purpurowy i cichy.