Skruszony kapitalista, wyjednawszy wreszcie odpuszczenie tak ciężkiego grzechu pychy i zatwardziałości, po powrocie do domu rozpisał do swych dłużników listy następującej treści: „Niniejszym mam zaszczyt zawiadomić Wielmożnych Państwa, że nawrócony przez spowiednika mojego i nie chcąc narażać wiecznego zbawienia duszy mojej, zmuszony jestem podwyższyć procent, jaki od Wielmożnego Państwa pobieram, do wysokości...” — tu następowała cyfra, pozostająca w stosunku wprost odwrotnym do stanu majątkowego adresata, gdyż dla ludzi bogatszych Starowieprznicki, pomny nauk księdza Suchoszczapskiego, żywił pewien szacunek jako dla takich, którzy mają stosunkowo więcej szans.

Współzawodnik Starowieprznickiego, małomiasteczkowy kapitalista Srul Pijawker, dowiedziawszy się o tym, zmartwił się bardzo. Po dłuższym namyśle postanowił przyjąć katolicyzm, co też wykonał ku wielkiej radości księdza Suchoszczapskiego i zawiadomionego o wielkim triumfie swych zasad dziekana.

Na drugi dzień zaś, po chrzcie, dłużnicy pana Stanisława (dawniej Srula) Pijawkera otrzymali okólnik264, w którym zawiadamiał on ich o swoim wstąpieniu na łono Kościoła, a także o tym „że z tego powodu będzie on od dziś pobierał procenty według neokatolickiej normy...” — tu następowały cyfry zupełnie nieprawdopodobne.

Wkrótce potem w wikariacie księdza Suchoszczapskiego zdarzył się inny wypadek, który odbił się przemożnie w całej jego karierze. W jednej z okolicznych wsi zdarzył się wypadek — młocarnia265 urwała rękę parobkowi. Majątek należał do Niemca, Johanna Schweinstimmunga, który bezwzględnie odmówił jakiegokolwiek odszkodowania parobkowi i jego rodzinie, twierdząc, że oni sami sobie są winni, gdyż spowodowali wypadek przez zwykłą głupotę „polskiego bydła” i że dowodem jego niemieckiej wspaniałomyślności jest, że nie będzie on na nich swych strat dochodził.

Ponieważ pan Schweinstimmung był katolikiem, więc chłopi postanowili udać się do księdza, aby on wpływem swym wyjednał dla nich coś od dziedzica.

Ksiądz Suchoszczapski przyjął ich i żony ich z twarzą surową, a razem266 cierpiącą; znać było, że całą duszą boleje nad ich upadkiem.

— Cieszy mnie to, bracia moi — rzekł — że przychodzicie tu z własnego popędu. Świadczy to, że nie wygasły jeszcze wszystkie iskierki prawdziwego światła, jakie Kościół katolicki w duszach wiernych roznieca. Tak jest, bracia moi, nie rozpaczajcie, bo dobroć i łaska Matki Naszej nie mają granic, nie wpadajcie jednak w zbytnie samodufania, lecz, póki czas, wejdźcie na drogę pokuty i żalu za winy. Bo, bracia moi, nie mogę zataić przed wami, że winy wasze są ciężkie, bardzo ciężkie i zważcie tylko: pan Schweinstimmung jest bogaty, a wy go narażacie na straty, jest Niemcem, a wy śmiecie się na niego skarżyć, maszyna jego kosztuje pieniądze, a wy ją niszczycie. A czy wiecie wy, że majątek jest błogosławieństwem i znakiem widomym łaski? — i tak długo jeszcze mówił ksiądz Suchoszczapski.

Chłopi słuchali, wzdychali, a jedna z kobiet, staruszka, wysoka, zupełnie siwa, o czarnych, wielkich oczach i sinych ustach, bólem i znużeniem zwartych, patrzyła na księdza z wyrazem zalęknionej pokory i raz po raz biła się w piersi. Było coś w spojrzeniu tym, co obmotywało267 się naokoło serca księdza Suchoszczapskiego i ściskało mu je jakimś dawno zapomnianym skurczem. Lecz on nie zważał na to i mówił o tym, że siła jest zawsze oznaką i dowodem łaski Bożej, że Bóg jest z silniejszymi, bo i jakże inaczej silniejszymi by być mogli. Rozeszli się, kiwając głowami, a jeden z nich, zwany przez towarzyszy Buhajem, wyprowadził z nauki księdza wniosek, że Bóg jest dlatego z Schweinstimmungiem, iż uważa go za silniejszego. Zaczaił się na dziedzica i bardzo go poturbował, po czym udał się do księdza, obwieszczając mu, że obecnie Pan Bóg jest z nim, z Buhajem, i że pan Schweinstimmung powinien wypłacić odszkodowanie. Sprawa przybrała jednak przykry dla Buhaja obrót, księdza Suchoszczapskiego zaś wysłała zwierzchność jego do klasztoru na rekolekcje „za brak taktu”.

Wyrok ten przyjął ksiądz Suchoszczapski z tępym zdumieniem — zaczęło się w nim dziać teraz coś dziwnego. W głąb duszy wżerały mu się wciąż czarne, zalęknione oczy. Zdawało mu się, że widział on je już kiedyś u kobiety zawiędłej i siwiejącej, którą zwał matką w czasie, gdy jedyną matką jego nie był jeszcze Kościół. Powtarzał „matka” i chciał zbudzić coś, co trzepotało się bezsilnie jak źródło piaskiem zasypane, ale wydobyć się na wierzch nie mogło, by orzeźwić spiekotę jego zaschłego w chudych piersiach serca. I tylko smutne czarne oczy szukały czegoś w duszy, o coś błagały swą trwogą, lecz on na próżno szukał w sobie czegoś, czym mógłby ich niemą, lękliwą prośbę zaspokoić. Nad duszą jego jak ponad drogą, którą jechał, unosiły się tumany żółtego kurzu i nagle poczuł ksiądz Suchoszczapski, że czegoś pragnie, usłyszał w sercu swym jakiś stłumiony, żałosny płacz dziecinnej, nieukojonej tęsknicy. I zdało mu się nagle, że tęskni za zielenią traw i drzew, i za błękitem nieba, i za szerokim oddechem wolnej piersi, i za wilgotnym tchnieniem czarnej ziemi, w którą ojciec jego złote, promieniejące w słońcu ziarno rzucał. Pamiętał, że wydawało mu się raz, iż ojciec światło i promień sieje w czarną rolę — nagle ze wspomnieniem tym owionęło go powietrze dzieciństwa, obudziła się w nim zapomniana, z ziemią zrosła, krzepka chłopska dusza. Ręka jego zapragnęła pługa lub kosy, tęsknym ruchem wyrzucała w żar piasków nieobecne ziarno.

I nagle, z myśli swych zbudzony, spostrzegł ksiądz Suchoszczapski, że nie jedzie sam w bryczce; obok niego siedział w piaskowego koloru kitlu jegomość o zeschłej, pergaminowej twarzy i rękach chudych i długich, dziwnie do łapek pajęczych podobnych. Oczy nieznajomego biegały wciąż tak, że niepodobna było ich spojrzenia uchwycić.