— Ot, tak... — powtórzył. A pan z sygnetem zaśmiał się pospiesznie cieniutkim, spękanym śmieszkiem i niespokojnie zajrzał panu Jutro w oczy.
Ciekawość mnie ogarnęła.
— Cóż byś pan tak zawzięcie ściskał w Warszawie? — zapytałem.
Pan Jutro zaśmiał się grubo i splunął przez zęby. Pan z sygnetem spojrzał na mnie z podejrzeniem, jak gdyby z wyrzutem; po chwili przekonał się jednak, że pytanie moje panu Jutro humoru nie popsuło — nabrał więc otuchy i oczekiwał z wyrazem twarzy wyczekującym dalszych rozporządzeń.
— Sentymenty różne przycisnąć potrzeba, uczoności, opery, malarstwa, teatry i inne zbytki; ot, co — powiedział pan Jutro i zaśmiał się zadowolony.
— Ojcowie nasi obywali się bez tego wszystkiego, bez wszystkich nowoczesnych wymysłów, w Boga wierzyli, klejnot swój szanowali i ich szanowano — zaczął siwy pan, nieśmiało muskając wąsa.
— No, już ty mi, jaśnie wielmożny, o swoich ojcach nie opowiadaj. Kupił ja ich wszystkich, tych twoich ojców. W zastawie u mnie niewykupieni — i portrety ich, i papiery, i rodowody. Moje więc to dziś ojce, na to wychodzi. Za krwawicę272 ich od ciebiem kupował273. W spiżarni teraz u mnie leżą ojce; jak274 będzie potrzeba, wydobędę.
Siwy pan skulił się, zmalał, zszczuplał i śmiał się cichuteńko dziwnym, jak gdyby zaplutym śmieszkiem; a pan Kajetan Jutro splunął przed siebie, chrząknął z fantazją i mówił:
— Ale taki myślę275, że to wszystko na nic teraz. Szpargał i tyle. Słuchaj, ty jaśnie wielmożny, jak ty nazywasz tego, co w czerwonej pelerynie, na białym koniu siedzi?
Jaśnie wielmożny wyprostował się: