Zapał powstał tak wielki, że niepodobna było nic zrozumieć w ogólnym gwarze.
— Ja — Wszech-Grzechocę — wołał jeden — my Wszech-Smoki — krzyczał inny. — Wszech-Bismarcki, Wszech-Września, Wszech-bokserzy, Wszech-hakata!
Narada zakończyła się wszechucztą, na której pito na pohybel298 przeklętych Rusinów.
W ten sposób powstało wszechgrzechoczące stronnictwo papierowego smoka, z którym spotkamy się zapewne jeszcze niejednokrotnie.
Katarzyny Nietoperz opinie literackie
Czasy iście babelskiego pomieszania języków nastały pośród tych, którzy nigdy do żadnego nie szturmowali nieba, których myślom sufit już był zbyt wysoko. Można wątpić doprawdy o przyczynowości, tożsamości jaźni ludzkiej, a nade wszystko o istnieniu jakiejkolwiek logiki i sprawiedliwości we wszechświecie. Najspokojniejsi obywatele, grający codziennie w winta299, pokera lub przestarzałego wista300, zapalali nagle latarnie i wychodzili na poszukiwanie własnego „ja”, i napotkawszy jakiegoś jaskrawo przystrojonego pajaca, jakiegoś krzykliwego komiwojażera301 branży duchowej, wmawiali w siebie, że je znaleźli. Spotykano kamieniczników, zalewających się łzami na myśl, że świat cały, a więc i ich kamienice są tylko ich wyobrażeniem.
— Świat, jako moje wyobrażenie, to można znieść, ale kamienica!... Jakże straszną i złowrogą mocą jest solipsyzm! Och, ten Przybyszewski302!
Cienie, pozbawione swoich właścicieli, szukały ich na próżno po ulicach, miejscach zabaw i rozrywek towarzyskich. Zielonooki strach wyzierał z najbardziej ospałej twarzy. Zaprzęgnięte do dziennikarskiej pracy potomstwo oślicy Balaama303 żałosnym, źle zestrojonym rykiem wzmagało trwogę.
W czasach tych, tak ironicznych i niezasłużonych, w czasach, gdy Zyzio Przybylski304 myślał o napisaniu dramatu symbolicznego w pięciu aktach (coś w rodzaju swojskiego Aksela305), a Gabriela Zapolska306 nie kryła się z zamiarem naszycia księżyca i gwiazd na swej jedwabnej halce i stworzenia sobie w ten sposób przenośnego nieba — celu wzlotów mistycznych — Incognitus307 na próżno szukał przekonania. Próbował najrozmaitszych sposobów — strwożoną myślą ciskał we wszystkie cztery strony świata, trafiając zawsze bez wyjątku w ubytek prenumeraty i śmieszność.
Przekonania! Kto powie mi, jakich dzisiaj trzeba być przekonań?! Głowę moją za przekonania! Znikąd ratunku! Świat zmienił się w potworny wir niedorzecznych niespodzianek, z których każda drwiła z samej siebie, ze wszystkich innych, a przede wszystkim z Incognitusa. Po nocach śnić mu się zaczęły sny fantastyczne i szyderskie308. Zdawało mu się, że jest Edypem309, zbłąkanym w lesie Sfinksów310. Wszystkie miały utkwione w nim oczy i czarną wymową wzroku przyrzekały odsłonięcie tajemnic prenumeraty, wziętości i sławy. Z tęskną nadzieją podbiegał do każdego z nich Incognitus, lecz hieratyczny311 potwór najniespodziewaniej w świecie pokazywał mu język, wykręcał się na pięcie i z bardzo nieprzyzwoitym gestem zaczynał gwizdać lub śpiewać coś niezdradzającego wcale szacunku dla kierownika „najpoczytniejszego” w Warszawie organu codziennego. Jeden z nich tylko zachował się aż do ostatniej chwili poważnie, z bardzo tajemniczą miną pochylił się do ucha Incognitusa i wyszeptał: „A ja ci powiem, co by było, gdyby filister312 oszalał” — potem zadarł głowę do góry i zaśpiewał: „Jedź na Kretę! Jedź na Kretę!”.