Podły wampir — wdał się w ojca. A może jestem niesprawiedliwa w stosunku do nich obu — może to moja wina, że on jest taki? Czymże ja zasłużyłam na inną egzystencję niż tę, którą mam? Czy dokonałam czegoś nadzwyczajnego? Nic, nic... Jestem pospolita kwoka i nic więcej. Ale za co znowu mam tak strasznie cierpieć? O Boże! Życie moje przemyka jak sen okropny obok mego drugiego, prawdziwego istnienia, które umarło. Muszę sobie uświadomić wszystko. Może to da mi siłę do przetrzymania jeszcze gorszych rzeczy, które mnie czekają.

Nagle zaczyna wyć dzikim głosem następującą piosenkę:

Ja byłam kiedyś piękna, młoda,

Ja miałam duszę, a nawet ciało,

Wszystkiego dla mnie było mało.

A teraz nic nie zostało!

Co za szkoda!

Co za szkoda!

Liczy

Dług u księgarza — 150, za książki z biblioteki — 50, pokój — 200. I to wszystko dla tego tak zwanego kształcenia się. Kiedy ja to wszystko wyrobię tymi robótkami? Idiota! Dureń! Niedołęga życiowy! Żeby przynajmniej zabrał się do jakiejś pożyteczniejszej pracy! On nic porządnego nigdy nie napisze. A ja? Malowałam, miałam duży talent do muzyki, pisałam wcale3 niezłe nowele... To, co mówię, to nie jest żaden psychiczny ekshibicjonizm — tu nikogo nie ma — na pewno. Ach — ta wieczna samotność. I znikąd słowa pociechy!