— Skąd ojciec wie o tym? To niesłychane...

— Jesteś dziecinny, to jeszcze twoja jedyna obrona. Tylko nie udawaj przed sobą więcej dziecinnego, niż jesteś. Ona jest szczęśliwa teraz, ale ty nie nasycisz jej serca — to bezdenna próżnia, której nic zapełnić nie zdoła: zwątpiłem w możność jej nawrócenia teraz. Może, może po latach. Ja was tak znam, jak własne gangliony. Mógłbym wam opisać dokładnie przebieg waszego dnia, tylko nie chcę babrać się w świństwach. Mówić do was teraz byłoby zupełnie zbytecznym. Ale kiedyś wpadniecie w moją norę mrówkolwa. Otóż to, wszystko to długo trwać nie będzie i z powodów wewnętrznych i zewnętrznych. Ty, Atanazy, nie jesteś tak wielka świnia, żebyś w tym długo wytrzymał — nie wiem, muszę się przyznać, że jest w tobie coś tajemniczego.

— Metafizyczna istota bez formy — wtrąciła Hela. — Dziś jedziemy do Indii.

— To na wiele wam się nie zda. Myślicie, że uciekniecie przed waszymi problemami, wyjeżdżając w podróż — one pojadą za wami. A może w Indiach silniej jeszcze wszystko to się rozwinie. Jak widzicie, złagodniałem bardzo — takie czasy. Mimicry464 — rzekł tajemniczo i nie żegnając się, odszedł od nich, wymachując rękami.

— A może ojciec pozwoli do nas na ostatni obiad? Będzie murbia na zimno — krzyknęła za nim Hela.

Odwrócił się.

— Nie, wybaczcie, ale nie. Mam do was wstręt nie do przezwyciężenia. — I odszedł.

— Boję się czegoś. Czemu on nam właśnie dziś przeszedł drogę? — szepnęła Hela.

— On jest jednak wysłannikiem wyższych potęg.

— Z nim odeszło ode mnie tamto życie na zawsze, nie wróci już. Jedyny Bóg opuścił mnie definitywnie — tu, na tej drodze.