— Stój! Kto idzie?! Hasło! — rzekł zachrypły głos i Atanazy miał dokładną wizję twarzy, z której ust głos ten wychodził.

W ogóle cała sytuacja przedstawiła się z piekielną, nadnaturalną jasnością. Nie bał się niczego: miał względnie czyste sumienie i papier.

— Hasła nie znam. Swój. Zbłąkany w górach. Swój, swój — powtórzył jeszcze, słysząc znany mu z wojny chrzęst.

— A jakeś tam wlazł? — rzekła znowu postać i Atanazy usłyszał repetowany karabin.

„Nie był w pogotowiu, jucha592, mogłem jeszcze przeskoczyć” — pomyślał.

— Proszę mnie zaprowadzić do komendanta — rzekł twardo.

— Co ty mi tu rozkazywać będziesz, kulę ci w brzuch wpakuję i tyle. Rozkaz jest strzelać w każdego — rzekła już trochę mniej pewnie ciemna masa.

— Prowadź, towarzyszu; nie wiesz, z kim mówisz: jestem przyjacielem towarzysza-komisarza Tempe.

— Pewnie, że nie wiem. Przechodź.

Atanazy przeszedł pod lufą, a tamten, z karabinem w pogotowiu, szedł za nim, dotykając mu prawie bagnetem zdrętwiałych trochę łopatek. Z daleka szumiały wody potoków i chłodny powiew szedł od gór. „Jak dawniej” — pomyślał Atanazy. W słowie tym było tyle niewyrażalnego uroku, że nic absolutnie wyrazić tego nie byłoby w stanie.