Atanazy milczał dotąd, będąc przekonanym, że rzecz się wyjaśni. Pewnym był życia ze swoją ideą w głowie, kokainą we krwi i dokumentem w kieszeni. Teraz miał poczucie tego, jak demoniczna siła Sajetana Tempe rozprzestrzenia swoje pole magnetyczne aż do najdalszych granic jego państwa, organizując odległe punkty w nowe ogniska potencjałów. Tamci się nie ruszali.
— Ja, naprawdę, towarzyszu... — zaczął znowu strażnik głosem przepojonym bezbrzeżną obawą, prawie pewnością śmierci.
— Jestem urzędnikiem trzeciej klasy — przerwał mu Atanazy; tu podał papiery osobnikowi mówiącemu z rosyjska.
Tamci rozbroili tymczasem strażnika, który jęczał cicho. Na jego miejsce poszedł ktoś inny. Ten, ten bez karabina, przeczytał (świecono elektryczną latarką) — raczej przejrzał papier.
— A ty na luptowsku stronu zaczem chodził?595 I jak tam przeszedł? A?
— Zabłąkałem się — rzekł trochę drżącym głosem Atanazy.
Nie bał się nic, ale przykro mu było, że go złapano na czymś nielegalnym i że musiał kłamać. Dlaczego musiał? To go właśnie zgubiło — a może właśnie uratowało — kto wie cokolwiek do ostatniej sekundy. Może lepiej byłoby, gdyby powiedział, że szedł właśnie prosto tu — a może gorzej. Chociaż teraz widać było jasno, że terror był tu wprost wściekły.
— Szpionić chodzisz od kontrrewolucjonnych Luptaków?596 Co? Szpiegowat’? — (akcent na ostatniej zgłosce). Stawić jego pod stjankę razem z Maciejem! Zrozumieli? Moja w tym głowa i wasza.
Widoczne było, że był to pierwszy tego rodzaju wypadek na tej placówce.
— Towarzyszu, ja mam pewne ważne wiadomości dla komisarza spraw wewnętrznych. Jestem jego przyjacielem od dzieciństwa.