— Ojcze — błagalnym tonem zwróciła się Hela do Wyprztyka. — Ochrzcij nas teraz oboje, tak po prostu, z wody, bez żadnych ceremonii. Ja chcę już być poza tym, chcę być inna. Ja wierzę teraz w sakrament i potrzebuję go.
— Tak, księże Hieronimie — potwierdził Belzebub. — Ja się też boję tych ceremonii.
— To was i tak nie minie. Ale ta myśl jest dobra. Ja cię rozumiem — rzekł do Heli — i dlatego wyrzeknę się pewnych formalności, ale pod najściślejszy dyskrecją. — Podszedł do umywalni, nalał wody na purpurową misę i spytał: — Helena i Adam? Tak?
Hela stała już w koszuli i rozchełstanym ceglastoczerwonym szlafroku obok upiżamionego papy. Wyglądali wspaniale w czerwonym mroku sypialni.
— Tak — odpowiedzieli oboje.
Wyprztyk zapatrzył się na nich tak, jak gdyby ujrzał ich po raz pierwszy. Miał przez chwilę wrażenie, że w głębi litewskich lasów chrzci jakiegoś półdzikiego bojara i zaklętą leśną księżniczkę.
— No, ojcze — szepnęła Hela niecierpliwie.
— A więc, Heleno i ciebie Adamie, chrzczę was w imię Ojca, Syna i Ducha Świętego — rzekł uroczyście ksiądz Hieronim i skropił ich oboje wodą.
Bertz wzdrygnął się jak prawdziwy Belzebub.
— Jestem szczęśliwy, księże. Dziękuję. Hela, kocham cię. Muszę pędzić do moich armat — i wybiegł młodzieńczym prawie krokiem mimo swych pięćdziesięciu sześciu lat.