„On nie jest kobietą — to jest ten jedyny, kochany Jędruś” — bezsensowne to zdanie zdawało się kryć w sobie niezmierzoną głębię znaczenia. Dopiero teraz zauważył, że Łohoyski zgolił sobie wąsy. „Kiedy on to zrobił?” — pomyślał leniwie. Wydał mu się pięknym, jak wspomnienie tej nigdy niewyobrażalnej nawet, a w tej chwili byłej jakby gdzieś kiedyś przyjaźni. „Ach, gdyby wszyscy ludzie mogli być zawsze tacy — jak wspomnienia — kochałbym ludzkość całą, umarłbym dla niej z rozkoszy”. Straszne uczucie międzygwiezdnej samotności rozwiało się. Mignęły gdzieś, w jakimś zakamarku dawnej normalnej świadomości, jeden po drugim obrazy najpierw Heli — właściwie tylko oczy — i cień całej postaci Zosi (ale jakby umarłej), i zapadły w wir niewypowiedzianych myśli, obojętne jak widma z innych bytów. I Atanazy „poddał się uściskom Andrzeja hrabiego Łohoyskiego w jego własnym pałacu” — tak pomyślał ostatnim odruchem należącym do tamtego, dalekiego, wstrętnego, rzeczywistego życia. „Weźcie się do jakiej pożytecznej pracy” — przesunęło się zdanie ciotki, ale było bez sensu, złożone z niezrozumiałych znaków bez związku. Łohoyski objął go silnie i pocałował w same usta — spełniło się: byli jednym duchem unoszącym się nad bezdenną otchłanią bytu, tak jakby ten pocałunek spalił, unicestwił ich rozdzielone dotąd ciała. Jak dym, podwójny duch uleciał w inny wymiar. A potem już w tym wymiarze podeszli objęci sobą do stołu, potem pili, potem znowu zażywali kokainę, a potem zaczęły się dziać rzeczy straszne, w których straszności „odstrasznionej” (jak żmija z wydartymi jadowitymi zębami) znalazła się gdzieś, jak dziwna, a wstrętna przy tym perła na dnie okropnej mieszaniny obrzydliwych przedmiotów (śmieci, odpadków ze sklepu rzeźniczego, ekskrementów czy diabli wiedzą czego) — znalazła się rozkosz płciowego orgazmu — stało się naprawdę to: ktoś kogoś w coś tam gdzieś o coś przy czymś na kimś pod kimś z boku wewnątrz obok i pomimo, pomimo — to najważniejsze, że pomimo — ale pomimo czego — ach, pomimo tego, że to nie ona, nie ona! — ale kto? A potem znowu pili i znowu wciągali truciznę do obrzękłych, znieczulonych nosów, nie w tym pokoju, tylko, zdawało się, w samym pępku wszechświata, poza dobrem i złem, strasznym i czymś pośrednim między swoistym a swojskim (tak: swojskim), poza granicami śmierci nawet. Mogli umrzeć, ale jeszcze nie chcieli — chcieli umrzeć, ale jeszcze nie mogli, nie mogli się ze sobą rozstać, wyrzec tego, i mówili, długo mówili, a potem znowu zaczęło się tamto: jeszcze dziwniej, jeszcze straszniej i jeszcze cudowniej czy ohydniej — nie wiadomo...

Był ranek: godzina ósma — to wiedział Atanazy na pewno. Już świt był torturą, a czarnej firanki nie było. Trzeba było zabić świt — zabili. Jasność dnia była nie tą, jak zwykle, była potworna — jak olbrzymia twarz trupa ukochanej osoby — może matki. Tak jeszcze nigdy nie zaczynał się dzień — był to dzień na innej planecie, gdzieś w dalekim nieznanym gwiazdozbiorze. Obce jak Syriusz, Wega czy Aldebaran333, zwykłe „nasze” słońce wschodziło nad rozszarpanym chroniczną rewolucją miastem — dla tamtych „innych” ludzi było tym samym codziennym słońcem zaczynającego się zwykłego dnia.

[Miasto było jak obolały, narywający wrzód (może jak mały pryszczyk?), a ktoś nieznany niewprawnymi rękami chciał ten wrzód wyduszać, zamiast zrobić operację en règle334]. Ale czymże to było dla nich, zatrutych do ostatnich granic straszliwym, oszukańczym jadem, dla nich, gnijących odpadków, pożerających się wzajemnie pod pozorami najwyższej przyjaźni, najwznioślejszych uczuć, zaprawionych rzeczywistym, ohydnym świństwem? Tamten był na swoim miejscu, ale Atanazy? — na szczęście nie wiedział o niczym. Bezosobowy potwór zemsty i odwetu czekał na niego z rozdziawioną, bezzębną paszczą (był to po prostu nadchodzący słoneczny dzień zimowy), śmiejąc się z jego „ekstaz” i „wzlotów w inny, odmienny byt” — oszukać go było niepodobna, chyba w śmierci. Czekał na pewno, cierpliwie. A oni mówili. Ale co mówili? — to było najważniejsze. Niestety, żaden z nich pamiętać tego nie mógł: tej niezmiernie głębokiej (jak im się zdawało) gonitwy myśli na krawędziach obłędu, w samym obłędzie, poza obłędem — obłęd przeszyto na wylot — tam nie miało to słowo sensu. A mówili tak i zdawało się im, że odkryli nowy, psychicznie-nieeuklidesowy byt. Gdyby ich kto podsłuchał, to mówili to:

Atanazy: Czy widzisz teraz, jak wszystko przecina się tam, gdzie musi?... cudowne... to jest ta linijka, ten włosek, który rozdziela, a jednak łączy... ach, jakie to wspaniałe!... nic nie rozumiesz, jesteś kretyn... ja ją także... Hela wstrętne bydlę... ty jesteś, jesteś... to jest cud... nie ma nic... a jednak...

Łohoyski (trochę przytomniejszy, ale nie bardzo): To właśnie o to chodzi... jesteś jeden... ja zawsze wiedziałem... widzisz to właśnie, że ja jeden... oni to mówią, ale tego nie rozumieją... nie rozumieją, że tu o to nie chodzi, a jednak o to tylko, ale nie tak, tylko inaczej, zupełnie inaczej... rozumiesz?... Alfred to bydlę... rozumiesz, ja z jakimiś szoferami i takimi specjalistami... a właśnie nie o to chodzi... nie mogę tego wyrazić... tam i gdzie indziej jednocześnie...

Atanazy: Nie mów o tym... Tak, ja wiem... w tym i poza tym... Ale gdzie jest kres?... granica... tak można w nieskończoność... ale to nie to... Zosi nie było nigdy... tak, jak jest, jest najlepiej... naprawdę kocham cię... Jedność absolutna... nigdy, a mimo to na zawsze...

Łohoyski: Tak, nigdy... jesteśmy sami... nikt tego nie pojmie... to takie proste... a jednak w tym jest wielkość... powiedz, że nigdy...

Atanazy: Tak... i właśnie dlatego... one nigdy, tylko my... ale poza sobą: w samym środku tego, czego nie ma... To cudowne... itd., itd.

A zdawało się im, że mówią rzeczy niesłychane, że gdyby kto to zapisał, to byłyby objawienia dla całej ludzkości. „Takim jest przeklęte koko, la fée blanche335”, jak to sobie potem mówił Atanazy.

Zimowe ranne słońce wpadało przez zapuszczone rolety, oświetlając żółtym światłem straszliwy nieład pokoju i zielone, obłąkane twarze zanarkotyzowanych „przyjaciół”. Cud dopełnił się: „zabili” nie tylko świt, ale biały dzień. Ale co teraz? Łohoyski jako dawno „wtajemniczony” drzemał na kanapie, słuchając urywanych, bezsensownych zdań Atanazego, który jak hiena w klatce, chodził tam i na powrót nerwowym krokiem, gestykulując w sposób zupełnie dla siebie obcy. Miał obce ruchy, obcą twarz, faktycznie był kim innym. Miał wrażenie, że rzeczywistość, spuchnięta, wypięta, obrzmiała, nabiegła do pęknięcia najistotniejszym swym sokiem, oddaje mu się bez pamięci w rozpaczliwym pożądaniu. Był jej cząstką, przyjmował wszystko w siebie, a jednocześnie gwałcił cały świat, miażdżył go w sobie, przeżuwał, trawił, womitował (czy wymiotował) i znowu pożerał. Odsłonił roletę i przez oślepiający blask spojrzał na podwórze pałacu zawiane czystym świeżym śniegiem, różowo-pomarańczowym w rannym słońcu: niski murek, a dalej ogród, w którym bezlistne drzewa pod światło zdawały się być zrobione z rozżarzonych do czerwoności żelaznych prętów. Pod murkiem kładł się fioletowo-niebieski cień niewypowiedzianej piękności. Zachwyt Atanazego doszedł do szczytu, już nie mógł go znieść; już wszystko pękało, rwało się, jakby powoli wybuchający pocisk wewnątrz mózgu. Wiązania świata trzeszczały, działo się coś niepojętego nawet w dotychczasowych kokainowych wymiarach. Gdyby Atanazy mógł widzieć swoją twarz przylepioną do szyby, przeraziłby się. Goya, Rops336 i Munch337, czy diabli wiedzą kto, niczym było to wszystko wobec tego wyrazu. Zmięta, zielona ścierka, z burofioletowymi cieniami, w której tkwiły skażone obłędem oczy o okropnie rozszerzonych źrenicach i wykrzywione z dzikim okrucieństwem usta, wyschłe, spękane. Od wewnątrz wysuszony był, jakby przebywał w krematorium, a wody nie było już: trzeba było po nią iść... Wypił więc pół szklanki wódki. Ale czymże to wszystko było wobec tego zachwytu... Dzień był zabity, ale zaraz miał zmartwychwstać: okropny mściciel wyrafinowanego oszustwa, którego nad nim dokonano.