„Aha, to Jędruś zapewnia sobie odwrót w razie czego przez te sfery. Oni go uratują”.

— Ale on jest inszy. Hrabia to hrabia, zawsze coś takiego ma, czego nasz człowiek w żadnej komedii ci nie zrobi — nie zrobi. To się nazywa dżentelman. To się nie potrafi, drogi panie. To nawet bez pieniędzy taki potrafi być inszym344, że choćbyś nie wiem jak chciał, do podufałości żadnej z nim nie dojdziesz.

Atanazy mimo całego „zbolszewiczenia” — jak nazywała Zosia jego ostatnie metafizyczno-społeczne koncepcje — oburzył się wewnętrznie do ostatnich granic. Jeszcze tego tylko brakowało, żeby ten fagas... Ocknął się w nim, czający się w nim na dnie, jak w każdym zresztą przeciętnym człowieku snob: cztery tysiące lat ciśnienia odziedziczonego nie tak łatwo zrzucić z siebie jak znoszone ubranie — daleko łatwiej jest zmienić przekonania niż bezpośrednie uczuciowe stany. Spostrzegł się: „Ileż wieków przeminie, zanim całkiem wygasną te uczucia. Sztukę diabli wezmą, religia zniknie daleko prędzej” — zdołał jeszcze pomyśleć. Na szczęście zajechali przed willę Osłabędzkich. Stan Atanazego był mniej więcej taki, jak wtedy, kiedy stał przed lufą Azia. Przypomniał mu się też pewien ranek przed bitwą. Chwiejąc się z osłabienia, z uczuciem takim, jakby całe jego wnętrze było kłębem wijących się robaków, uciekł z sanek, nie powiedziawszy ani słowa do Alfreda. Nie dał mu nawet nic na piwo. Na domiar złego w hallu spotkał teściową. Kryjąc twarz, ucałował jej rękę i popędził dalej. Aby ukryć „tamto”, postanowił zaraz przyznać się Zosi do kokainy. Wpadł do sypialni. Zosia, ubrana w czepeczek z niebieską wstążką, leżała jeszcze w łóżku. Jej biedna, „zmniejszona” twarzyczka wyrażała niepokój i cierpienie. Wyglądała na małą skrzywdzoną dziewczynkę. W Atanazego jakby piorun strzelił. Zdawało się, jak wtedy, że najgorsze przeszło. Ale nie — teraz dopiero poczuł całą niepojętą ohydę dzisiejszej nocy. Jeden olbrzymi wyrzut sumienia, zasłaniając mu cały świat, rozkwasił go w zgniłą marmeladę. Padł na kolana przy łóżku, szukając ręki żony. Czekał od Zosi jakiejś pociechy, a tu nic: głaz. Zosia leżała dalej nieruchomo, z oczami rozszerzonymi od męki, z rękami pod kołdrą. Cała dawna miłość buchnęła z najistotniejszych głębi Atanazego, zalewając go żarem wyrzutów, wstydu i żalu. Kochał najbardziej wtedy, kiedy krzywdził; litość i wyrzuty brał za miłość, ale z tego nie mógł sobie zdać sprawy w tej chwili. Czuł się czymś tak marnym i niskim, jak rozdeptane (koniecznie rozdeptane) jakieś świństwo na drodze, a kłamać musiał dalej, bo inaczej straciłby ten jedyny punkt oparcia, jakim była ona, ta biedna skrzywdzona przez niego dziewczynka.

— Całą noc zażywałem kokainę z Łohoyskim. Pierwszy i ostatni raz.

— Telefonowałyśmy wszędzie...

— Telefon był wyłączony. Nigdy już. Przysięgam. Musisz mi wierzyć. Inaczej w tej chwili w łeb sobie strzelę.

— To świństwo. Zdradziłeś mnie? Czemu jesteś taki dziwny? — spytała ledwo dosłyszalnym szeptem.

— Z kim? Z Łohoyskim może? Mówię ci, że kokaina... — Był na tyle bezczelnym, że się uśmiechnął nawet. — Jak możesz nawet pytać o to. Masz brom albo chloral? Dawaj prędko. — Mówił już innym tonem, widząc, że zwyciężył i że ostatecznie nic złego się nie stało.

„Och, jakże jestem podły, bezdennie podły” — pomyślał. A jednak przez zasłonę skondensowanej ohydy początek i koniec tej strasznej nocy świecił jako wspomnienie tajemniczym blaskiem, odbiciem innego, „tamtego” świata. „Te portki Łohoyskiego i ten ogród w słońcu to było jednak coś. Nie to, co potem. To była jedna wielka obrzydliwość. Ale zawsze był to ciekawy eksperyment. Wszystkiego raz trzeba spróbować”. Już poczuł w sobie okropną wędkę narkotyku. Ostatnim wysiłkiem zerwał sznurek, ale hak w nim pozostał. I popłynął dalej (to znaczy wyszedł z sypialni żony z bromem w ręku) jak ryba, niby swobodna, ale mająca w sobie zabójczy kawał ostrego metalu, zarodek przyszłej, przedwczesnej śmierci. „Właściwie Jędrek jest pospolitym zbrodniarzem. Takich jak psy należy...” — myślał, prychając w zimnej wodzie w łazience. „Udało mi się. Nie jest tak źle, jak myślałem. Ale z »coco« i z tą »przyjaźnią« skończone”. To wszystko, co popełnił dalej, nie zazębiło się o żadną istotną maszynerię jego psychiki — pozostało obce i wstrętne, mimo że stało się w „tamtym” świecie. Ale pomimo to stało się, psiakrew! Na próżno walczył z narzucającą mu się rzeczywistością winy. Jedno było pewne: przez tę „zbrodnię” (pomyślał to z pewnym dziecinnym zadowoleniem) zdobył w sobie na nowo dawną miłość dla Zosi.

Jeszcze wszystko było najeżone i potworne, jeszcze pokój jego i on sam nie był „ten”, jeszcze był do połowy w tamtym świecie odwróconego na okropność działania kokainy, ale w każdym razie miał pewność, że za chwilę zaśnie i że kocha Zosię, ją jedyną, tak jak dawniej. Zasnął wreszcie, czytając ze wstrętem nudną apologię homoseksualizmu Gide’a. A kiedy się obudził (o szóstej wieczorem) i zapalił światło, i zobaczył swoją żółtą, atłasową kołdrę taką, jak zawsze, już nie zjeżoną przeciw niemu, pogładził ją jak ulubionego kota czy psa. A cały wyrzut sumienia przetransformował według dawnego wzoru na „jeszcze większą” miłość do żony. Zosia, którą męczyła ostatnia faza niezdecydowania Atanazego, zaczęła go teraz dopiero kochać naprawdę. Mogła sobie na to pozwolić, aby się do niego tak przywiązać, jak chciała. Upływały dni (tylko trzy) ciche i spokojne. Było zupełnie dobrze. Tylko miasto burzyło się coraz bardziej od samego dna, a tam u góry przywódcy tłumów wyprawiali dziwne rzeczy. Zapowiadało się nowe pronunciamento.