Czołgał się ku niej, chwycił oburącz jej nogi, porwał ją w wściekły uścisk...
I rozległ się krzyk:
Asztaroth! Asztaroth! Matko piekła i rozpusty...
Lecz w tej samej chwili przewiał wzdłuż jego czoła świetlany, nieskończenie czysty oddech liliowej dłoni...
Bał się otworzyć oczy, bał się, że to znowu sen — tylko już anielski — sen wniebowzięcia...
Zniknęły mary i szatańskie zmory; czuł tylko, jak dłoń jej głaskała czoło jego, jak raz po raz zamykała mu cichymi usty53 otwierające się oczy, a jedwab jej włosów spływał pieszczącą falą po jego piersiach.
Czuł jej rękę w swej dłoni, czuł dwie gwiazdy jej oczu, rozlewające się świętą łaską w jego sercu...
To ta — tak, to ta cicha, ta smutna, ta jasna, która go teraz owiała — to ta, co mu dała kwiaty...