W bezmiernym smutku patrzał na to miasto, co go grozą i strachem przepełniało.
A przecież tu, tu miał się dokonać wielki cud.
Tu miał wyłonić ze siebie98 to, co było dźwiękiem jego myśli, wyrazem jego uczuć, ruchem jego woli.
Tu miał według przyrzeczeń swego serca mieć tą, którą już raz posiadł, którą utracił, a na nowo miał ją tu odtworzyć, ulepić z brył swej najskrytszej piękności, najtajniejszego bytu swej istoty.
Lecz daremnie czekał, daremnie wytężał swą wolę, daremnie krzyczał i błagał za nią.
Wszystko daremnie.
I na cóż mu te pyszne Alkazary, na cóż te czary i dziwy, to straszne miasto grobów?
Na cóż przebył tyle rzek i gór, i mórz, by tylko dostać się do tego miasta śmierci i mieć ją zawsze przy sobie?
Na cóż kłamała jego dusza, dając mu przyrzeczenie, że tu się dopełni on99 większy cud, że ile razy zechce, ona stanie przed nim i będzie jego?
I zdjął go straszny strach przed tymi potwornymi dziwami, co go wokół otaczały, i całą duszą zatęsknił do swej dawnej ojczyzny, do tego miasta w głębokiej kotlinie, dyszącego łuną gazowego światła, do tych ciemnych alei, po których dniami całymi błądził, kiedy ją100 szukał, do mrocznych kościołów, do tych wzgórzy101, co się poplątanymi pasmami pięły nad miastem i ciemną zielenią spływały w dół gdyby102 zwoje ciężkiego adamaszku...