Och chodź, chodź, słodki, jedyny mój — tak długo krzyczałam za Tobą, rwałam się ku Tobie, wiłam się w kurczach bólu i tęsknoty, a ciałem stać się nie mogłam, a teraz wiem, że żadna choćby najpotężniejsza ręka mnie stąd wyrwać nie zdoła...

Och chodź, przyjdź, jedyny kochanku mój!

Utulę Cię taką rozkoszą, uśpię Cię takimi czary131, o jakich nie śniłeś w twoich najgorętszych snach, pokażę Ci nowe światy, odsłonię Ci opony132 wszystkich tajemnic, owinę Cię moim ciałem, spoczniesz przy mnie jak na łonie Boga — czemu się wahasz?

Cofała się z wolna, spływała w dal, a on szedł za nią, chwiał, potykał się, ale zdawało mu się, że jakaś niewidzialna siła sprzęgła jego oczy z jej postacią, rwała go za oczy, aż mu z orbit wychodziły — szedł — szedł...

Spływała w dal, gasła. Jeszcze jeden uśmiech jak słaba błyskawica, co się delikatnem jaśnieniem zleje wzdłuż krańców nieba:

Stał oszalały na tarasie swego pałacu i patrzał w straszliwe cuda.


Morze stało w płomieniach.

To już nie morze, ale orkany fal z płynącego metalu, tryszczące133 warami134 gotujących się kamieni.

Było, jakby cała powierzchnia ziemi płynną się stała, zagotowała i rozszalała się w przedpotopowych burzach, w potwornych konwulsjach, podrywach i szałach.