Toteż prawie wszyscy artyści przebywali przez całą zimę przeważnie za granicą — w Berlinie, Monachium, Paryżu, Florencji, Rzymie; a w każdym z tych miast tworzyli całkiem odrębną bohemę — bohemę poniekąd contradictio in adiecto357 — bo ta bohema rozporządzała środkami pieniężnymi, a jeżeli ich nie miała, to nietrudno jej było je zdobyć, bo ojczyzna — Hinterland — nigdy o nich w razie potrzeby nie zapominała.
Och! to była inna bohema jak358 ta nasza berlińska.
Nasze sympozje składały się z paru flaszek piwa, flaszki „Nordhäusera”, trochę Aufschnittu359, który każdy przynosił ze sobą, o ile go na to starczyło; a bywało, żeśmy w ośmiu lub nawet w dziesięcioro ludzi nie zdołali zebrać ani jednego talara, a oni pili burgundzkie wina — chambertina przede wszystkim, pijali bardzo często szampana, a jadali ostrygi i homary.
Gospodarz „Czarnego prosiaka” kłaniał się do nóg członkowi skandynawskiej bohemy, a z pogardą patrzył, gdy który z nas do jego winiarni się zabłąkał.
Już po krótkim czasie jął się pychą rozdymać — zardzewiałe żelazne obręcze, na których ów czarny prosiak wisiał, wymienił na srebrne, a w wszystkich pismach ogłaszał, że lokal jego to rendez-vous-ort360 najwybitniejszych skandynawskich artystów.
I nie było w tym w istocie żadnej blagi.
Naokoło Strindberga i jego nieodstępnego famulusa, Adolfa Paula, gromadziło się całe artystyczne ver sacrum361, jakie Skandynawia, wierna starym tradycjom Wikingów, zagranicy dostarczała.
Przez całą zimę przebywał tam słynny malarz norweski, Christian Krohg, który wraz z Hansem Jaegerem stworzyli piekielnie ponurą i tragiczną bohemę norweską w Krystianii; przebywała tam żona Krohga, heroina powieści Jaegera, tak bezwstydnie rewelacyjnej, że jakiś krytyk w Kopenhadze, który się o niej rozpisał, dostał trzy miesiące więzienia; a przebywała — co kraj, to obyczaj — nie w towarzystwie swego męża, ale zawsze razem z nieodstępnym Gunnarem Heibergiem362, twórcą dramatu, którego by się Oscar Wilde nie był powstydził, Balkon (drukowałem go swego czasu w „Życiu” krakowskim). Wysiadywał w „Czarnym prosiaku” finlandzki pisarz, wytworny pan, ale mierny artysta, Tavastsjerna, wraz z swoją żoną, która daremnie szturmowała scenę niemiecką, a niefortunny jej występ w Pannie Julii Strindberga stał się dla niej lasciate ogni speranza... Przy wąskim stoliku rozpościerał się wielki malarz norweski Fritz Thaulow363, przypominający żywo objętością swoich rozmiarów naszego Stanisławskiego364, którego zresztą łączyły potem przyjazne stosunki z Thaulowem w Paryżu. Nad wszystkimi górował duński pisarz, Holger Drachmann, tak podobny do szwedzkiego króla Oskara II, że podobno raz się odwach zamku berlińskiego pomylił i powitał go wszystkimi bębenkami, jakimi się tylko Jego Majestat wita. Naprzeciw siadywał słynny malarz szwedzki, Liljeforss365, który fanatycznie Strindberga uwielbiał, a ten nie raczył nawet na niego spojrzeć. Gdzieś w kącie dumał nad szklanką whisky wielki wizjoner Edward Munch, a tyłem do wszystkich obrócony siedział Gabriel Finne366, jeden z najzdolniejszych młodych pisarzy norweskich, i żuł bezustannie prymkę.
I tak pili jedną, dwie godziny w zadumie; rzadko kiedy padło jakieś słowo: niechętne i żółcią zaprawione — zdumiewające, jak się ci ludzie wszyscy wzajem nie lubili — potem rozmowa zaczęła się ożywiać, sądy w przykry sposób ścierać, ukryte nienawiści wychodziły na jaw, z początku urywanie, krótko i ostrojęzycznie, raz po raz wybuchiwały367 swarne kłótnie, uspokajane i łagodzone przez trzeźwiejszych kompanów, a potem znowu nagłe jakieś wybuchy i niesmaczne awantury.
A za każdym razem miałem to distinct wrażenie, że to aura Strindberga w ten sposób na obecnych oddziaływa. Gdziekolwiek Strindberg się pojawił, rozpoczynały się niesnaski, a gniew i gorycz, dawno zapomniane urazy się odnawiały, a zabliźnione rany na nowo jęły krwią broczyć.