Miałem wrażenie, że umyślnie zaślepł, umyślnie ogłuchł, aby raz wreszcie pozbyć się tej ohydnej, głupiej „jawy” i móc poślubić tę jedyną swoją kochankę, z którą pragnął mieć dziecko: Wieczność!
Nie noch sah ich ein Weib, von dem ich Kinder haben mochte, es sei denn Du — oh, Ewigkeit!
Nietzsche chory — Nietzsche obłąkany?!
He, he! Głupie brednie!
To właśnie ten wielki, ten wyzwolony Nietzsche, ten w swoim ogromie pokorniuteńki Nietzsche — ten piccolo santo, który tam, rozparty w głębokim krześle, za żywa wgłębiał się w uroczyska tajemnic Wieczności.
Stałem jak zagwożdżony w ziemię, sięgnąłem po kapelusz, a przecież go już dawno trzymałem w ręku, a równocześnie uczułem wstyd, jakbym obnażał jakąś wielką świętość, i poszedłem — nie! powlokłem się do hotelu, w którym Strindberg zamieszkał.
I Strindberg wrócił do Berlina.
Oczekiwała go panna Uhl, która niezadługo miała się stać jego prawą małżonką. Stół był uwieńczony festonami kwiatów, na stole wszystko, w czym Strindberg smakował, i tak skończyła się szczęśliwie dla niego ta weimarska eskapada.
Parę tygodni później odprowadzałem nowożeńców na dworzec, ponieważ młodej małżonce wręczyłem bukiet kwiatów, pożegnał mnie Strindberg komplementem: „Du bist ein Gentleman”.
Dopiero po wyjeździe Strindberga z Berlina wraz z jego małżonką, panną Uhl, miałem poznać dziwnym wypadkiem moją pierwszą żonę: Dagny Juell.