Ja wiedziałem, co się stało, ale milczałem.

Ulicha chwyciła mnie, wcisnęła między kolana, rozcięła mi skórę na czole — dotychczas mam bliznę — wtarła w rankę sok niedojrzałych śliwek, który przedtem opluła, mnie zaś kazała powiedzieć, żem czoło sobie rozciął o kant stołu, bo inaczej żywcem do piekła się dostanę — i wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że już po paru godzinach wiłem się z bólu głowy i trzęsła mną zimna febra, czyli, jak to na Kujawach nazywają, zimna „ogroszka”.

Ale czuwała nade mną Łucha Ławecka; gdym przyszedł na świat, była matka moja za słaba, by mnie karmić, więc otrzymałem ją jako matkę mleczną — mój mleczny brat, Jaśko, miał mi potem służyć za model do Adama Drzazgi464. Łucha obejrzała mnie dokładnie, potem poszła do pieca, z którego Ulicha właśnie świeżo upieczony chleb łopatą wyciągała; słyszę przerażony krzyk matki: „Jezus Maria! Co się stało? co bochenek, to zakalec!” — Ale Łuchę nic biadanie mej matki nie obchodziło. Wyciągnęła z gorącego pieca kilkanaście drobnych kawałków węgla drzewnego, nagotowała miskę wody — wrzuciła do niej węgielki: wszystkie opadły na dno:

— Stasio jest uroczony! — zawyrokowała. — Ta czarownicza małpa Ulicha urok na niego rzuciła!

Widziałem, z jakim przerażonym lękiem patrzyła Ulicha na praktyki Ławeckiej.

Gdy już noc zapadła, nagrzebała Łucha w swoim ogródku korzeni żywokostu, zgotowała je na miazgę, o północy wyjechała na Gopło, nazrywała liści „bączywia” (białych lilij wodnych), skrapiała je wywarem korzeni żywokostu, ostudzonego w święconej wodzie — zaczerpniętej w źródełku Gietrzwałdzkim, przy którym kilka miesięcy temu Matka Boska paru dziewczynkom się objawiła; całą noc przykładała mi te liście na głowę i na piersi — wciąż coś mamrotała — wiem tylko, że nie były to słowa modlitwy. Na drugi dzień stał się cud: wstałem zdrów i rześki jak nigdy — natomiast znaleziono Ulichę w stogu słomy, trzęsącą się z zimna mimo upalne lato465, kłapiącą i szczękającą zębami wskutek srogiej zimnicy.

Ulichę trzeba było zawieźć do szpitala w Inowrocławiu, gdzie niezadługo potem umarła.

To klasyczny przykład Choc en retour, jakim by nawet się ani Vintras, ani słynny dr Johannes Huysmansa poszczycić nie mógł — bajeczny przykład „transferu”, który by naszego dra Babińskiego466 lub wielkiej pamięci Ochorowicza467 mógł w zachwyt wprowadzić!

Teraz może zrozumiałe, dlaczego tyle lat życia poświęciłem zbadaniu tego zdumiewającego problematu, jakim jest dla mnie „czarownica” — dwutomowe dzieło o czarownicy, które, Bóg da, niezadługo się ukaże, będzie świadczyło o ciężkim trudzie, z jakim się w tą niesłychaną tajemnicę wdzierałem.

To tylko drobniuteńki „fakcik”, jaki powyżej przytoczyłem. Byłem jako chłopak świadkiem tak potwornych czarodziejskich praktyk, że już lepiej o nich nie mówić, ani nie wspominać — czasami mam wrażenie, że i mnie zobowiązuje jakieś tajemnicze maleficium taciturnitatis468.