I satanizm, jeżeli chcecie, to ten „wieczny rewolucjonista, pod męką ciał leżący Duch”, który mniema, że „prawa natury nie są wieczne, ale mogą być siłą ducha przełamane, a duchy nieśmiertelne
...w co tylko wierzą,
Nawet, że globy w słońcu zapalą,
Nawet, że ruszą ciało z mogiły,
Wszystko mieć będą, w co uwierzyły”.
I ten satanizm to drwiące słowa Tłumacza Słowa do Heliona513:
Ludzie nieużyteczni nikomu, którzy kilka dusz jałmużną splamili, kilka ranków w kościele przeklęczeli, zamknęli się w własnym ciele niby ślimacy — odjęli światu siłę, jaką mieli, światło, z jakim je Bóg może przysłał na ziemię... I po kilku milionach milionów lat spodziewasz się znaleźć gdzieś zachowane na wieczność te karykatury ludzkości, odpowiadające aniołowi sądu, który je zapyta o wiarę, że nie wiedzą, jaka jest, ale ją sądzą taką być, jaka była w uczonej teologicznej głowie księdza spowiednika.
Cóż! Czy nie rozśmiejesz się serdecznie na dobroduszność tych mieszkańców wiecznych wieczności?
Tym biednym, mało- i dobrodusznym duszyczkom rzuciłem w twarz moje zapamiętałe: „Mydlarze!”
Ale „satanizm” w tym pojęciu wydaje się być nauką hermetyczną, zamkniętą na siedem pieczęci — oczywiście w pierwszym rzędzie dla dziennikarskich krytyków i historyków literatury.