Ale na nic się nie zdała kara, jaką Bóg zesłał na Azazela, boga ziemskiej miłości, pragnień, pożądań, rozpusty, krwiożerczych namiętności, boga najwyszukańszych sideł, jakimi samica samca i na odwrót samiec samicę pęta, boga zdrady, przewrotności, niechlujstwa i kłamstwa i fałszu: zbyt głęboko zapuścił swoje korzenie Azazel, a mimo że Bóg przez Asarialiora, syna Lamecha, zwiastował ziemi potop i zagładę i groźbę swoją wykonał, nic się od tego czasu nie zmieniło.

Ten sam wkoło opętany taniec Miłości i Śmierci, Zbrodni i Rozpusty! Azazel wydobył się z pustyni w Dudael, a nigdy nie był potężniejszym, jak w naszych czasach!

Jednemu tylko podlega: temu, na którego Bóg nie odważył się targnąć, na tego, którego bunt dał początek Materii, a któremu na imię:

Samjaza — Szatan — Lucyfer.

Nie spisał się archanioł Michał, któremu Bóg poruczył zniszczenie Samjazy — pewnoć to on, Samjaza, który zawarł śluby z gnostyczną Achamoth — Tęsknotą!

Rzadko która apokalipsa — a jest ich wiele (między innymi cały twór Dostojewskiego) — zrobiła na mnie tak potężne wrażenie, jak ta Księga Henocha, nawiasem mówiąc, boskie źródło, z którego czerpał całymi garściami Dante, gdy tworzył swoją Boską Komedię!

A i dla mnie księga ta — źródłem mojego biednego „satanizmu” — he, he — w Henochu odnajdziecie mój satanizm.

XXIV

O Dostojewskim wspomniałem.

Tu tylko jeden nakaz czuję w całym sobie: na kolana!