— Nic, mamo, tylko głowa mnie boli.
— Połóż się spać.
Ale Staś nie spał — a dla matki były wysoce niepokojące te bezsenne noce dziecka — ale tym razem nie zdradził się, że nie śpi: modlił się żarliwie do patronki muzyki, św. Cecylii, której obraz wisiał nad fortepianem, by mu wyjednała dar muzyki u Pana Boga, aby cud się ziścił i mógł grać tak, jak ta piękna pani z rozwianymi włosami. — Nad ranem usnął snem gorączkowym, a po południu schował się w stodole i wyciągnięty na sianie jął pisać żarliwą litanię do św. Cecylii, a w antyfonie zaklinał ją, by prośbę jego spełnić raczyła.
A znał doskonale z Żywotów świętych życie św. Cecylii.
Był to mój pierwszy utwór, pisany z niezłomną wiarą, że cud się stanie i już wkrótce będę tak grał, jak ta piękna pani w Żernikach.
Ale na próżno wyczekiwałem cudu. Natomiast znalazła matka moją litanię — ja nigdy nic ukryć nie umiałem — i poszła z nią do księdza proboszcza, tak wyraźnie żyjącego w mej pamięci księdza Kompfa.
— Dziecko przedwcześnie dojrzałe — powiedziała — zdaje się, że mógłby zostać przyjęty do pierwszej komunii, katechizmowo już jest przeze mnie przysposobiony.
Ksiądz Kompf raz jeszcze przeczytał antyfonę.
— Skończył już dziesięć lat?
— Teraz ma dziesięć i pół.