Cała podstawa naszej wiedzy, ugruntowanej na świadectwie zmysłów, jest jak najzupełniej prostą koniekturą. O naturze samej — tej poza nami, a tej, która nie jest nami — cóż możemy wiedzieć? Człowiek przecież sam jest też tylko zjawiskiem-fenomenem, a on przecież sam tworzy naturę, która bez niego nie istnieje.

Módlmy się w ciężkiej pokorze! — Oremus!

I co jest prawdą?

Nie ma ani nie może być żadnej prawdy, bo natura, która koniecznie musi być podstawą wszechrzeczy, nie może być prawdą — naturę jako taką trzeba by uzasadnić — a dopóki jest zawarunkowana pytaniem, jak szeroko i jak daleko, a więc czasem i przestrzenią, z których ani jedno, ani drugie poza nami nie istnieje, nie może być istotną, pozytywną, abstrakcyjną rzeczywistością, jedynie tylko wrzekomą538 — przez nasze zmysły stworzoną.

Starano się byt uzasadnić głupią formułką: Cogito, ergo sum. Myślę, więc jestem!

Ha, ha! Jestem, bo jestem — istniejący tylko na peryferii świadomości — nic więcej!

Na peryferii — to obszar mej istotnej świadomości, to znaczy mego Nieświadomego, które to moje maluczkie głupiutkie cogito — myślę! jak marny pyłek pianki na brzegu bezmiernego Oceanu wyrzuca — a obszar jest nieograniczony.

Módlmy się w ciężkiej pokorze! Oremus!

Więc co pozostaje dla człowieka, prócz bezwzględnego poddania się i pokory nieświadomego dziecka?

Wiecie przecież, co Bóg powiedział: „A zaiste, mówię wam, że jeżeli nie staniecie się jak któreś z nich, nie wejdziecie do Królestwa niebieskiego!”